Gwidon Miklaszewski: Rzucił pracę w „Przekroju”, bo była wiosna!

I pomyśleć, że Pan Gwidon Miklaszewski  został artystą przez przypadek, a zdecydował o tym jego upór. W jednym z wywiadów mówił: w mojej rodzinie nie było tradycji artystycznych, a przynajmniej od kiedy jak sięgam pamięcią. Odwrotnie, mój ojciec, który był znawcą i koneserem win i sam zajmował się dystrybucją szlachetnych odmian tego trunku, był prawie do swojej śmierci przeciwnikiem obranej przeze mnie drogi. W końcu zaakceptował moją twórczość.

syrenka.jpg

Pan Gwidon studiował prawo w Poznaniu. Szybko jednak z niego zrezygnował. Zaczął występować w największym poznańskim kabarecie „Klubie szyderców”. Jako karykaturzysta i rysownik prasowy debiutował na łamach czasopisma „Ilustracja Polska”. Po wybuchu II wojny światowej pracował jako grafik w Poznaniu, z którego musiał uciekać przed represjami okupanta za rysunki do książki Józefa Kisielewskiego „Ziemia gromadzi prochy”. Lata okupacji spędził w Krakowie. „W tym czasie napisał i zilustrował dla mnie książkę pt. „Jak skrzaty dla Andrzeja hulajnogę budowały”. Miała duży nakład i świetnie się sprzedała. Tak zaczęła się przygoda ojca z ilustrowaniem książek. Jego ukochaną autorką była Magdalena Samozwaniec – ilustrował wszystkie jej książki” – opowiada syn pana Gwidona –  Andrzej.

Koniec wojny Miklaszewscy spędzili w Nowym Targu. Rysownik dostał propozycję pracy w „Pzrekroju”. Uwielbiał wspominać dzień, w którym… odszedł  z „Przekroju”. Była wiosna 1947 roku. Szedł wzdłuż Plant. Świeciło słońce, śpiewały ptaki. Kraków powoli budził się do życia po zimie i powoli wracał do siebie po wojnie. Mam iść do pracy w taki piękny dzień? No i się zwolnił się. Naczelny pisma usiłował go zatrzymać, dowiedzieć się o powód… usłyszał: bo jest wiosna. I tak został wolnym strzelcem.

SYRENKA – żywa ISTOTA

Jednym z największych skarbów mojego dzieciństwa było pudełko po PRL-owskim luksusie, jakim była kaszka Milupa, do którego regularnie chowałam rysunki Syrenki, autorstwa Pana Gwidona z piątkowego wydania „Expressu Wieczornego”. To dla Syrenki stało się w kolejce do kiosku RUCHU i na nią czekałam cały tydzień. „Pojawiła się w „Expressie” jako mała dziewczynka z warkoczykami w 1948 roku i dorastała na łamach pisma, aż do wprowadzenia stanu wojennego. Ojciec był do niej bardzo przywiązany i cieszył się, że czytelnicy traktowali ją  jak żywą osobę”. Pamięta jak opowiadał, że kiedyś wyjeżdżając na dłużej zrobił spory zapas rysunków do druku. Było jeszcze ciepło, wiec „ubrał” syrenkę w cienki płaszczyk. W czasie nieobecności zrobiło się bardzo zimno. Do redakcji posypały się listy, że jak tak dalej pójdzie Syrenka się przeziębi. Na życzenie czytelników rysownik wydał Ją za mąż. I znów pojawiły się pytania o dzieci. Pan Gwidon odpowiadał, że szpalta w gazecie jest wąska i nie ma, gdzie wstawić dziecięcych mebli.

Inspiracje czerpał z życia

Po prostu się rozglądał, a o tym jak powstają jego rysunki mówił tak: niedawno byłem w Delikatesach. Tłum ludzi w ogonku przestępuje z nogi na nogę. Nagle widzę – idzie jakiś człowiek i taszczy manekin krawiecki. Taki staromodny na jednej nodze. Być może niósł go do naprawy. A mnie wtedy przyszło do głowy, że ktoś, kto nie ma czasu stać w kolejce, mógłby w zastępie postawic tam właśnie taki manekin. Pomysł gotowy na dowcip. I już zrobiłem rysuek na ten temat. W nocy…, bo przyznaję, że najlepiej pracuje mi się w głównie w nocy.

„Był też bardzo zdyscyplinowany. Co tydzień rysował 10 obrazków, 2-3 Syrenki i 6 rysunków. Niczym księgowy prowadził buchalterię, notując każdy pomysł”. Swoje rysunki zlecane przez redakcje znajdujące się poza miejscem jego zamieszkania – wysyłam osobiście na dworcu: W każdy poniedziałek lub wtorek jeżdżę na dworzec nadając dworców.

Nie lubił ponuraków. Uważał, że poczucie humoru to cecha ludzi inteligentnych. Według niego z ponurakami nie można dojść do porozumienia. Wiecznie smętni, z pomarszczonym czołem. „Ten stan traktował jako psychiczny – jak skorupę, której niczym nie można przebić”. Swoimi rysunkami próbował nauczyć ludzi sztuki uśmiechu, na co dzień. Dowcip i uśmiech lekarstwo, poprawiają samopoczucie, przynoszą odprężenie, uodporniają na „wirusa smutku”. Uważał, że temu, kto ma poczucie humory żyje się łatwiej. I innym z nim – także!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s