Jak chcesz zobaczyć szczęście, spójrz na twarz Pauliny kiedy włącza szlifierkę

@puniadesigne

Przeprowadziła się do Los Angeles, by zrealizować swoje marzenia. Wzięła małą różową walizkę, laptopa, i poleciała. Myślała, że pobędzie tam kilka miesięcy zdalnie kontynuując pracę nad polskimi serwisami i tyle.

Od zawsze nosiło ją po świecie, turystycznie, ale też w poszukiwaniu siebie, przygody, alternatywnego stylu życia, spełnienia… – Po wakacyjnym pobycie w Australii wiedziałam, że następna podróż również musi być do miejsca, któremu śnieg obcy. To było 14 lat temu, pracowałam wtedy w małej agencji reklamowej, ale miałam już własne serwisy internetowe, które dawały niewielkie zyski, i świeżo odkrytą pasję do grafiki komputerowej. Zawsze miałam zacięcie do wszelkich form designu, kompozycji, fotografii, ale dopiero z nowym programem Photoshop poczułam się jak ryba w wodzie – mówi Paulina Friedel.

Jako grafik jednak była tam nikim… początkującym samoukiem, bez adekwatnego wykształcenia (podobne kierunki studiów dopiero zaczynały się tworzyć). Zatrzymała się w  Los Angeles, odłożyła ostatnią pensję czy dwie, wzieła małą różową walizkę, laptopa, i poleciała na “wakacje”.

Planowała pobyć tam kilka miesięcy zdalnie kontynuując pracę nad polskimi serwisami i tyle. Tymczasem jedna z pierwszych przypadkiem poznanych osób szybko przedstawiła ją swojemu szefowi jako graphic designer. – Dostałam pierwsze zlecenie, logo. Musiałam się mocno starać, żeby nie okazać szoku i strachu. Mimo, że na początku czułam się jak oszust, podjęłam wyzwanie. Jest w stanach popularne powiedzenie (podobno Arystotelesa, choć mogłoby być Nikodema Dyzmy):  “Fake it till you make it”.

Tak właśnie zrobiła.

Zlecenia wpadały regularnie, wkładała w projekty całe serce i 300% siebie, uczyła się na bieżąco, na wszystkie wyzwania w ciemno odpowiadałam “Sure, no problem!”, po czym “googlała” o co chodziło… Klienci zachwycali się rezultatem i nikt nie pytał o kwalifikacje.

Myśl, że ktoś po prostu docenia i płaci za robienie tego, co uwiebiasz i nadzieja na zupełnie nową przyszłość, dosłownie nie dawały Paulinie spać z ekscytacji.

Lista kontaktów i zadowolonych klientów się powiększała. Przez pierwsze lata spędzała kilka miesięcy tam, chwile w Warszawie, zawsze dbając o legalny status w USA.

– Bycie freelancerem ma oczywiście swoje zalety i wady… o ile nie ma dla mnie wiele cenniejszych rzeczy niż wolność, wiąże się to również z wiecznym stresem czy w tym miesiącu projekty pokryją koszt wynajęcia mieszkania, czy klient zapłaci na czas itp. 

Jednak styl życia i codzienna radość dalece przewyższały ryzyko, a pieniądze jakoś zawsze magicznie pojawiały się na czas. Na styk, ale jeśli masz słońce, zdrowie i miłość, nie potrzeba dużo pieniędzy żeby żyć jak w raju… w końcu wstęp do parku, na plażę, czy adopcja psa, nie kosztują prawie nic.

W wykreowaniu otoczenia pomagała jej pasja do DIY. Sama robiłam co tylko się dało. Po zakupie najtańszej sofy z Ikea i lampy do pierwszego wynajętego pokoju, na biurko nie starczyło mi już dolarów – znalezione deski i pożyczone narzędzia załatwiły sprawę i w 2006 zbudowała swój pierwszy stolik.

– Dwa dni po zabejcowaniu stolika poznałam mojego męża, muzyka, który jako artysta rozumie i zawsze bezwzględnie i z podziwem wspiera każdy mój pomysł i pasję. Cztery lata temu kupiliśmy dom z 1924 roku, do kompletnego remontu, a ja 3 miesiące później urodziłam córeczkę. Mimo że największe prace wykonywała zatrudniona ekipa, ja zamieniłam się w kierownika budowy, po czym do ostatniego dnia ciąży biegałam z piłami, wiertarką, pędzlem lub leżałam pod zlewem instalując armaturę. 2 lata później zaprojektowałam budynek studia dla męża, i dodatkową łazienkę.

Budowa poszła gładko i profesjonalnie z tą samą ekipą i Pauliną już jako pełnoetatowym managerem i współwykonawcą, z własną kolekcją elektronarzędzi.

Mówi się, że remont czy budowa to jedne z najpoważniejszych źródeł stresu a nawet rozwodów –ona w nich absolutnie rozkwita. Mąż często mówi znajomym: jak chcesz zobaczyć prawdziwe szczęście, spójrz na twarz Pauliny kiedy włącza szlifierkę.

Kolejny raz w życiu podąża w ciemno za pasją – miejsce grafiki zajął design wnętrz i praca z drewnem. Buduje na nasze potrzeby stoły, półki, itp. Ale ma już w pomyśle kilka produktów użytkowo/dekoracyjnych, którymi chciałaby się podzielić z innymi. Właśnie kończy projektować ostatnie z własnej linii nowoczesnych ściennych lamp ledowych ze słowami które inspirują, albo zwyczajnie bawią. Wkrótce rozpocznie ich promocję i sprzedaż, na początek w Internecie @puniaf.design

Motto Pauliny brzmi: nic się nie dzieje bez przyczyny i Do what you LOVE and the money will follow.

– Jeśli macie pasję i choćby kilka osób które mówią Wam, że robicie coś fajnego, nie traćcie kolejnej minuty! Nie da się przewidzieć, czy cokolwiek się sprzeda, jak duży sukces uda się osiągnąć i co się wydarzy, ale jedno da się przewidzieć: jak nie spróbujesz, na pewno nie wydarzy się NIC. Nie przejmujcie się porażkami, bo to jedynie informacja na przyszłość” i lecimy dalej. Porażką byłoby jedynie poddanie się i nie robienie nic.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s