Janusz Tyman: Pan Hrabia, Ak-owiec, dwukrotny więzień Pawiaka – najmilszy Wojownik z Żoliborza

janusz tyman

„W domu znalazłem się 28 lipca 1944 r. Po powrocie z Pawiaka wygłodniałego więźnia nakarmiła Mama i rozchorowałem się – wylądowałem w łóżku. Pierwszy sierpnia – słychać jakieś strzały – ul. Mickiewicza zaczynają przejeżdżać niemieckie wozy opancerzone. Drugi sierpnia – cisza. Trzeci sierpnia – wpada do domu sąsiad – mały chłopaczek tak około 10 lat: – Panie Januszu coś się dzieje. Niemcy patrolują obok nas ulice, pl. Inwalidów, al. Wojska Polskiego, widać przemykające się postacie z biało-czerwonymi opaskami. – Co się dzieje?” – pisał w swojej autobiografii.

Janusz Tyman ps. Dzigan był Prezesem Stowarzyszenia Żołnierzy AK „Żywiciel”. Gdy miał 17 lat jego ojciec został zamordowany w Majdanku. Dwukrotny więzień Pawiaka, w wyniku maltretowania stracił m.in. zęby. Walczył w Powstaniu na Żoliborzu, ranny. 

Pan hrabia. Pan Janusz Tyman to osoba której trudno było nie lubić. Dowcipny, pełen życzliwości i uśmiechu do innych. Żywe spojrzenie, błysk w oku i ostry dowcip, ciekawość świata i chęć do przygody. Zawsze chętny do rozmowy, otwarty na dyskusję. Jego mieszkanie ugina się od książek, które stoją w każdym pomieszczeniu w podwójnych rzędach. Żoliborzanin od czasu okupacji, mieszkaniec ZUS-owskiego bloku przy ul. Mickiewicza 25. Od kilkudziesięciu lat mieszkał na osiedlu Zatrasie. Razem z Żoną (bratanicą gen. Antoniego Chruściela ps. Monter) byli szczęśliwym małżeństwem z sześćdziesięciokilkuletnim stażem. Jak mówił, po wojnie prowadził już normalne życie, jednak ten krótki czas walki był bardzo ważny we wspomnieniach i owocny w głębokie przyjaźnie. Na tyle istotne były te doświadczenia, że w 1980 roku założył Stowarzyszenie Żołnierzy Żywiciela AK.

Przez wiele lat troszczył się o pamięć o Powstaniu na Żoliborzu – poprzez organizację spotkań, uroczystości, tablice pamiątkowe i nowe pomniki. W środy można go było spotkać przy ul. Promyka na spotkaniach żołnierzy Żywiciela. W każdą pierwszą niedzielę miesiąca elegancki, dystyngowany pan z laseczką bywał w kościele Dzieciątka Jezus przy ul. Czarnieckiego. Spotykał się ze swoimi towarzyszami broni i z harcerzami na Mszach za Żywiciela. Gdy był jeszcze prezesem stowarzyszenia AK-owców często współpracował z x. Romanem Indrzejczykiem. Raz do roku można go było spotkać na harcerskim rajdzie Barykady Żoliborza, gdzie w terenie pokazywał miejsca walk powstańczych. W kwietniu był na kwaterze Żywiciela i wręczał dyplomy dla nowych harcerzy ze szczepu 305 im. Żołnierzy Żywiciela AK. Co roku, dopóki nogi nie odmówiły mu posłuszeństwa. Jednym z ostatnich zadań jakie sobie postawił było napisanie wspomnień z czasów wojny.

Dzięki wsparciu przyjaciół udało się w roku 2015 wydać książkę „Żoliborzanin ale… z Wilna”.

  Była to świetna okazja do nauki obsługi komputera, w tej sytuacji Wnuk stał się profesorem – mówił.

Dzigan opisał swoje dramatyczne losy. Pytany czy opowiadał o nich wnukom, mówił:

A co miałem opowiadać? Że mnie aresztowało gestapo, że mnie bili i przesłuchiwali, że wybili mi zęby, że zostałem ranny w rękę, którą mam do dziś niesprawną?

Jednak Janusz Tyman o Powstaniu na Żoliborzu opowiadał dużo i chętnie, każdemu kto chciał posłuchać. Szczególnie barwnie o krowie która zaplątała się między stanowiska powstańcze a niemieckie. Taka ilość mięsa dla głodnych żołnierzy była nie lada gratką, o którą warto było się postarać. Jednak niemożliwe było wychylenie się zza barykady. Puszczono zasłonę dymną, jednak Niemcy nie zrozumieli sytuacji i potraktowali to jako przygotowanie do szturmu. Rozpoczął się huraganowy ogień który naszpikował krowę amunicją. Jeden z Powstańców zarzucił krowie postronek i udało się ją bezpiecznie przyciągnąć. Niestety przy krojeniu mięsa nóż ciągle napotykał na pociski, a i posiłek nie należał do najsmaczniejszych albo z powodu braku talentów kulinarnych albo z powodu wieku krowy, gdyż mięso było było bardzo twarde. Harcerze po tej anegdocie kojarzyli go jako „kombatanta od krowy”. Pan Janusz był bardzo szczęśliwy że młodzi chcą go słuchać, i z wielkim ubawieniem słuchał pytań – po co te łączniczki i kanały i dlaczego Powstańcy nie dzwonili telefonami komórkowymi?

We wstępie do wspomnianej książki Piotr Ciacek zaznaczył iż Pan Janusz to postać na wskroś żoliborska. Spisanie wspomnień było okazją do zmierzenia się z przeszłością, również tą najtrudniejszą, najbardziej bolesną, o której nigdy wcześniej nie mówił – z okresu dwukrotnego pobytu na Pawiaku.

–  Pierwszym wspomnieniem, które myślę najbardziej zaważyło na moim życiu i dokonywanych wyborach było aresztowanie przez gestapo mojego ojca na początku 1940 roku” – wspominał.

„Po trzech latach pobytu na Pawiaku został przewieziony do obozu koncentracyjnego na Majdanku gdzie po kilku miesiącach umarł. Niemcom najwyraźniej nie wystarczył jeden Tyman. Widać uznali, że Tymanowie są niebezpieczni i w 1943 roku aresztowali mnie i to dwa razy…” – pisał w książce.

Janusz Tyman był osobą niezwykle aktywną, i pomimo trudności z chodzeniem w ostatnich latach, nie zatracił swoich pasji i marzeń. Próbował być aktywny na miarę sił i możliwości, zmieniał swoje otoczenie. Dzięki determinacji i pomocy przyjaciół udało się zniwelować dołek przy wyjściu z klatki schodowej. Z pierwszego piętra zjeżdżał specjalnie zamontowanym krzesełkiem. Zmodernizowano przejście przez osiedlową uliczkę – w formie eleganckiego „policjanta” dostosowanego do wózka elektrycznego. Ten pojazd ważący chyba z 80 kg to był ostatni „mercedes” pana Janusza z którego był szalenie zadowolony.

– Dwa lata temu był gościem honorowym na spacerze z „Warszawą z buta” po powstańczym Żoliborzu. Pod koniec wycieczki wyczerpał się akumulator wózka i dalej pozostała tylko siła mięśni młodego towarzysza który doholował pana Janusza na wózku do klatki schodowej. Mimo piętrzących się trudności zdrowotnych chciał żyć i wychodzić na spacery – jeszcze tydzień przed śmiercią mówił, że czuje się uwięziony w domu, a pogoda, lato i chciałby wyjść na dwór – opowiada Konrad Tarnopolski, przewodnik po Warszawie.

Pytał co słychać, i słuchał opowieści. Nie opowiadał o swoich chorobach i problemach wieku, chyba że w żartach i ze śmiechem jak to się starość Panu Bogu nie udała. Pomimo bardzo złego stanu zdrowia, błysk w oku i chęć do aktywności umysłowej pozostała. Wspominał, że chce napisać dalszy ciąg wspomnień ze swojego długiego, barwnego i pięknego życia.

Rok temu w wywiadzie do gazety zaznaczył:

„Ja jako powstaniec życzyłbym sobie, by wnuki nigdy nie przeżywały tego, co ja musiałem przeżywać. By mogły jak najwięcej podróżować po świecie i były szczęśliwe”.

Janusz Tyman zmarł 30 sierpnia 2016 roku.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s