Fascynacja przedwojennymi filmami zaczęła się od przedwojennych piosenek

_MG_9435_13b_prew

Oglądasz czasem współczesne filmy? 

Bardzo rzadko. Nieraz kiedy mówiłem znajomym o przedwojennych filmach, słyszałem „Nie znam tego, to dla mnie za stare”. Kiedy znajomi dyskutują o jakichś najnowszych produkcjach, ja zwykle mówię „Nie widziałem, to dla mnie za nowe”. Może brzmi to dziwnie, ale taka jest prawda. Często mam poczucie, że nowe filmy po prostu są nie dla mnie, nie bawią mnie, nie rozumiem ich. Zdecydowanie wolę te stare, a w moim przypadku „stare” – to wyprodukowane co najmniej 60 lat temu, a najlepiej jeszcze przed wojną. Z nimi czuję się najlepiej.

Czego szukasz w filmach? Ponoć widz z kina powienien czerpać przede wszystkim przyjemność…

Nie sposób się nie zgodzić, choć przyjemność z oglądania filmu może oznaczać bardzo wiele różnych rzeczy. W moim przypadku, w racji wykonywanego zwodu, film nie jest tylko rozrywką. Filmy, zwłaszcza te najstarsze, są dla mnie swojego rodzaju łamigłówką, zagadką do rozwiązania. Ponieważ dość często opowiadam o dawnym kinie, lub wygłaszam prelekcje przed seansami pokazami filmów, staram się wychwycić w nich ciekawostki, na które warto zwrócić uwagę publiczności, nawiązania lub elementy wspólne z innymi filmami, próbuję także wychwycić jak najwięcej dowcipów, aluzji czy gier słownych, które kilkadziesiąt lat temu były dla wszystkich jasne i zabawne, a dziś nie każdy je zrozumie. Można więc powiedzieć, że oglądam filmy po to, żeby potem jak najciekawiej zaprezentować je współczesnym widzom.

Osobną sprawą są filmy, nad których odrestaurowaniem pracujemy. Wówczas oglądnie zamienia się w niemal kryminalne śledztwo i pełne niespodzianek i zwrotów akcji dochodzenie!

Po jakim filmie czułeś się dobrze? 

Ostatnio czułem się tak rok temu na pokazie amerykańskiego filmu „Książę student” („Student Prince in Old Heidelberg”) z 1927 roku. To była wspaniała komedia romantyczna, która w pewnym momencie stała się wyciskającym łzy melodramatem. Wszystkie sceny były pełne szampańskiego humoru, wielkiej radości lub łamiącego smutku, do tego cudowna rola karczmarki Kati (Norma Shearer) sprawiała, że oglądanie tego filmu w każdym momencie było naprawdę ogromną przyjemnością. W tym przypadku bardzo duże znaczenie miała fabuła. Innym filmem, który mnie wywarł na mnie ogromne wrażenie, był ukraiński dokument „Небывалый поход” z 1931 (chyba nigdy nie był pokazywany w Polsce, tytuł można przetłumaczyć jako bezprecedensowa, przełomowa wędrówka). Był to jeszcze niemy film propagandowy, promujący kolektywizację pracy i gloryfikujący ustrój socjalistyczny. Jego wydźwięk może być dziś nieco kontrowersyjny, ale to co mnie zachwyciło, to jego forma: bardzo szybki montaż, zdjęcia wprost kipiące ruchem, pracujące maszyny układające się w niesamowite geometryczne wzory, a do tego napisy, które w sąsiedztwie tak dynamicznych ujęć sprawiały wrażenie, jakby wprost krzyczały na mnie z ekranu. To było naprawdę niezwykłe przeżycie.

Pytanie z cyklu męczące i pewnie ciągle je słyszysz: co jest takiego w latach międzywojennych, że tak się nimi fascynujesz?

Przede wszystkim egzotyka. Te filmy są niemal pod każdym względem inne od dzisiejszych i właśnie to je wyróżnia. Inne jest aktorstwo: dziś chodzi raczej o to, żeby gra jak najmniej różniła się od codziennego życia i by grać naturalnie. Wtedy była pewna konwencja, dialogi w filmach znacznie różniły się od rozmów, które można było usłyszeć na ulicy i właśnie to moim zdaniem bardziej zbliżało je do sztuki. Poza tym unikatowość tych filmów. Są mniej dostępne, zachowała się tylko część z nich, niektóre są niekompletne, więc obcowanie z nimi jest trudniejsze, ale dużo ciekawsze. Poza tym bardzo pociąga mnie ich strona muzyczna. Właściwie moja fascynacja przedwojennymi filmami zaczęła się właśnie od przedwojennych piosenek. Kiedy zacząłem się nimi interesować, były niemal nieosiągalne. Składanek przedwojennych nagrań było raptem kilka, oryginalne przedwojenne płyty również ciężko było znaleźć, i stosunkowo szybko zorientowałem się, że świetnym źródłem piosenek są filmy. I tak zaczęła się moja przygoda z przedwojennym kinem.

Mamy obecnie trend do kolorowania zdjęć i filmów. Popierasz to?

Nie popieram, wręcz mogę powiedzieć, że jestem stanowczym przeciwnikiem takich zabiegów. Stare filmy są (lub niedługo będą) zabytkami, a z zabytkami należy się odpowiednio obchodzić i starać się zachować ich autentyczność. Nie ma potrzeby upodabniania ich na siłę do dzisiejszych filmów, bo wówczas straciłyby swój charakter. Te filmy mają po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt czy nawet ponad sto lat i nie ma co udawać, że jest inaczej. To, że filmy kiedyś były czarno-białe, czy nieme, jest częścią historii. Może to lekka przesada, ale uważam, że pokolorowanie filmu, który od samego początku był czarno-biały, byłoby w pewnym sensie fałszerstwem.

Rozumiem, że dla niektórych współczesnych widzów kolorowy film może być atrakcyjniejszy od czarno-białego, ale nie należy dodawać do filmu czegoś, czego w nim nigdy nie było. Gdyby ktoś wziął słynną „Mona Lisę” i domalował jej biżuterię, żeby lepiej wyglądała, albo poprawił jej tło, bo przecież jest jakieś koślawe, byłby skandal na cały świat. Dlaczego więc zabytki filmowe traktować inaczej? Ponadto wydaje mi się, że kolor wcale nie jest aż taki istotny. Najlepszy dowód, że w ostatnich latach wśród polskich filmów nominowanych do Oscarów są właśnie filmy czarno-białe. Dobry film jest w stanie wciągnąć widza na tyle, że brak koloru nie jest żadną przeszkodą w jego odbiorze, zresztą każdy z nas ma wyobraźnię, która jest w stanie zapełnić tę drobną lukę.

Jaki film chciałbyś zobaczyć z tych czarno-białych w kolorze?

Żaden. Wolę je w oryginale.

Zupełnie inną sprawą jest przywracanie kolorów filmom niemym, które dziś znamy w postaci czarno-białej, choć nie zawsze tak wyglądały. Mało który film niemy był czarno-biały, choć nie był kolorowy. W tamtej epoce poszczególne sceny filmu barwiono na poszczególne kolory, w zależności od rodzaju lub nastroju sceny albo np. wnętrza. Przykładowo sceny nocne barwione były na niebiesko, plenery na żółto, niektóre wnętrza na różowo, inne na pomarańczowo, jakieś szczególnie dramatyczne momenty mogły być czerwone itd. Służyło to podkreśleniu nastroju akcji lub pomagało zorientować się gdzie toczy się dana scena. W późniejszych latach, kiedy te oryginalne barwione taśmy przenoszono na nowsze nośniki, dla oszczędności kopiowano je na nośniki czarno-białe. Dziś w procesie restauracji cyfrowej często, choć nie zawsze, możliwe jest odtworzenie pierwotnego zamysłu kolorystycznego. Takie zabiegi popieram, bo umożliwiają „odkręcenie” tego, co zostało zafałszowane i zaprezentowanie filmów w takiej postaci, jak oryginalnie wyglądały.

Muzyka w kinie. Szczególnie jak pan gra na pianinie w czasie seansu, to wielka przyjemność. W szczecińskim najstarszym kinie Pionier np. dodatkowo można jeszcze zamówić wino przy barku i w pełni cieszyć się życiem. 

Muzyka od samego początku była bardzo ważna i towarzyszyła większości filmów. Początkowo podobno chodziło głównie o to, żeby zagłuszyć hałas projektora, bardzo szybko jednak zaczęto ją stosować dla podniesienia walorów i atrakcyjności filmu. Film był pantomimą, wzorowany był na pantomimicznych przedstawieniach teatralnych, więc podobnie jak w teatrze towarzyszyła mu ilustracja muzyczna. Najpierw była to muzyka wykonywana na żywo, potem technologia umożliwiła nagrywanie muzyki razem z obrazem, w końcu pojawiły się także dialogi itd. I choć dziś w filmach muzyki jest znacznie mniej, niż dawniej bywało, nadal jest ona jego nieodłączną częścią i traktowana jest bardzo poważnie, o czym świadczą liczne nagrody dla muzyki filmowej, z Oscarami na czele. W przypadku filmów niemych muzyka jest szczególnie ważna. Oglądanie takiego filmu w ciszy mogłoby być uciążliwe, a ilustracja muzyczna, zwłaszcza taka wykonywana na żywo, buduje nastrój i ma ogromny wpływ na odbiór filmu. Ale ten kij ma dwa końce: muzyka może film znacznie poprawić, ale i znacznie zepsuć. Zdarzyło mi się oglądać film niemy z muzyką na żywo, która była bardzo źle dobrana i po prostu przeszkadzała w oglądaniu. Na szczęście są to rzadkie przypadki, i bardzo często pokaz filmu niemego jest ucztą nie tylko dla oka, ale i dla ucha.

Stare kino jest super, ale często ciężko jest znieść przerysowane emocje aktorów. Są jacyś aktorzy, których lubisz szczególnie i takich, których nie trawisz.

Oczywiście! Za jednego z najlepszych aktorów uważam Kazimierza Junoszę-Stępowskiego. Nie przypominam sobie ani jednej jego złej roli. I mimo, że występował tak dawno temu, jego gra wcale się nie zestarzała i do dziś robi wrażenie także na współczesnych widzach, przyzwyczajonych do innego aktorstwa. Inną znakomitością była Jadwiga Andrzejewska, która w filmie zadebiutowała w głównej roli mając zaledwie 18 lat. To był wszechstronny talent, aktorka która wspaniale odnajdywała się zarówno w dramacie, melodramacie, jak i komedii. To była duża rzadkość, bo jednak większość aktorów specjalizowała się w jakich typach ról, np. jedna z ulubienic publiczności, Mieczysława Ćwiklińska, na ekranie pojawiała się właściwie wyłącznie w rolach komediowych. Andrzejewska była w stanie zagrać wszystko.

Ale są też takie typy aktorskie, które bardzo się zestarzały i dziś mogą nieco razić. Nie przepadam za Mieczysławem Cybulskim. Może nawet nie tyle za aktorem, co za kreowanymi przez niego postaciami. Obsadzany był w rolach nienaturalnie honorowych i do przesady patetycznych amantów. Zupełnie to do mnie nie trafia.

Pamiętam ogromne wzruszenie, kiedy na konferencji poświęconej Poli Negri zaprezentowałeś kawałek piosenki, którą śpiewała. To było niesamowite ją usłyszeć. Masz jakieś swoje ulubione nagrania śpiewających aktorek kina niemego?

Niestety nie. Tak się złożyło, że największe polskie gwiazdy kina niemego nie nagrywały płyt. Jadwiga Smosarska, Maria Gorczyńska czy Nora Ney, nawet później, w czasach kina dźwiękowego, bardzo rzadko śpiewały. Były jednak aktorki, które trudno nazwać gwiazdami filmowymi, bowiem występowały głównie na scenie teatralnej lub rewiowej, gdzie również śpiewały, jednak pojawiały się także na srebrnym ekranie. Jedną z takich aktorek była Maria Modzelewska, która zagrała kilka mniejszych ról w niemych filmach, przede wszystkim była jednak aktorką teatralną. W latach 1929-1931 nagrała kilka płyt, które bardzo lubię. Śpiewała m.in. zachodnie przeboje filmowe, jak choćby „I nic więcej” – piosenkę, którą w „Błękitnym aniele” śpiewała Marlena Dietrich. W filmie dźwiękowym zagrała tylko raz, w 1934 roku w „Ślubach ułańskich” w których zaśpiewała piękną piosenkę „Awans dla panny”. Dziś znana jest głównie jako ta, która użyczyła swego głosu tytułowej postaci w przedwojennym polskim dubbingu disneyowskiej „Królewny śnieżki”.

Teraz wokół nas słów jest mnóstwo. Ludzie mówią non stop. W kinie też słowa się sypią jak z rękawa. W filmach z dawnych lat była jakaś kultura wypowiedzi, prawda? Czy tablice z dialogami jak w niemych filmach to dobre rozwiązanie dla współczesnych produkcji?

Ciekawa sprawa, ale paradoksalnie niektóre nieme filmy również były strasznie „przegadane”. W niektórych krajach, zwłaszcza w Niemczech i Francji, gdzie produkcje filmowe stały na nieco wyższym poziomie i były ambitniejsze, starano się stosować jak najmniej plansz i dopowiadać nimi tylko to, co było naprawdę niezbędne. W Polsce było inaczej: dialogi i narracja zwykle były bardzo kwieciste i przeładowane zupełnie zbędnymi ozdobnikami, które nic nie wnosiły do filmu. Wydaje mi się, że ten język brał się z tanich romansów i powieścideł popularnych w średnich i niższych warstwach społeczeństwa. Teksty takie jak „Nigdy nie będę do ciebie należała! Nie kocham cię!”, „Wypędzona sromotnie, szalona z bólu, pędziła Halka przez gąszcz leśny” czy „Szalała zamieć śnieżna i na drodze wiodącej z Gatczyny do Petersburga potworzyły się zdradliwe zaspy” nagminnie pojawiały się na polskich ekranach, mimo, że nie były potrzebne, bo wszystko to po prostu było widać na ekranie. Jedną z moich najulubieńszych plansz narracyjnych jest „Lecz nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi biednej sierotki, w której serduszku jaśniało tego dnia złociste słońce nadziei”.

W filmach dźwiękowych to się trochę zmieniło. To, co najbardziej mnie uderza w starych filmach, to właśnie sposób mówienia. Gra aktorska może i jest nieco sztuczna (jak na dzisiejsze przyzwyczajenia widzów) i teatralna, ale przedwojennym aktorom nie można odmówić wspaniałego warsztatu. Warto zwrócić uwagę jak pięknie ci aktorzy mówili. Mimo słabej jakości technicznej i wielu zakłóceń dźwięku, bez problemu można zrozumieć każde słowo. Niestety nie o wszystkich dzisiejszych filmach można to powiedzieć.

Jak wygląda Twoje rola w procesie rekonstrukcji cyfrowej przedwojennych filmów?

Muszę tu zwrócić uwagę na bardzo często popełniony błąd: to co robi się z filmami, to nie prace rekonstruktorskie, lecz restauratorskie, więc powinno się raczej mówić o restauracji cyfrowej, choć dla niektórych może to brzmieć trochę zabawnie. Rekonstrukcja to odtworzenie czegoś, co się nie zachowało, a my pracujemy głównie nad przywróceniem dawnej świetności temu, co dotrwało do naszych czasów.

W dużym uproszczeniu restauracja cyfrowa składa się z trzech elementów. Najoczywistszym z nich jest restauracja obrazu, czyli usunięcie wszelkich rys, plam, przebarwień i innych zniszczeń biorących się z eksploatacji i upływu czasu. Podobnie jest z restauracją dźwięku. Ale jest także trzeci element, z którego mało kto zdaje sobie sprawę: restauracja ciągłości fabularnej. I właśnie tym się zajmuję. Jest to szczególnie istotne w przypadku tych najstarszych filmów. Zdarza się, że jakiś film dotrwał do naszych czasów jedynie we fragmentach, które dotychczas znane były… w niewłaściwej kolejności. Pod tym względem ogromnym wyzwaniem była praca nad „Panem Tadeuszem” z 1928 roku. Film był w strzępach. Niektóre fragmenty taśmy miały po kilkanaście metrów taśmy, inne raptem kilka klatek, czyli ułamki sekund. Na początku przez dobre kilka tygodni próbowałem dopasować je po kształcie rozerwań. Przypominało to puzzle, ale takie bez kompletnego obrazka na pudełku. Potem poskładane w ten sposób dłuższe fragmenty trzeba było ułożyć we właściwej kolejności. Tu na szczęście można było podeprzeć się poematem Mickiewicza, ale nawet z taką ściągawką nie było lekko.

Są też trudniejsze przypadki. Przez lata filmu ulegały nie tylko zniszczeniom, ale także… przeróbkom. Nieraz zdarza się, że jakiś pozornie ten sam film dotrwał do naszych czasów w kilku kopiach, z których, jak się okazuje, każda jest inna. I różnice te nie biorą się z ubytków czy zniszczeń, lecz zostały kiedyś przez kogoś wprowadzone celowo. Przyczyną mogła być ingerencja zagranicznej cenzury (większość przedwojennych polskich filmów to kopie eksportowe sprowadzone po wojnie z USA) lub „poprawki” naniesione w związku z ponowną dystrybucją filmu kilka lat po jego premierze. Jednym z ciekawszych przypadków jest film „Córka generała pankratowa” z 1934 roku. Zachowały się dwie wersje: w jednej z nich tytułowy generał został postrzelony przez rewolucjonistów przez okno swego pałacu, w drugiej – zostaje ranny na polowaniu. Dwie kompletnie różne sceny. Jeżeli mamy chcemy odrestaurować jakiś film, a mamy dwie, lub nawet trzy różne wersje, musimy się zdecydować którą z nich chcemy odtworzyć i przyjąć za podstawę prac. Trzeba wtedy porównać wszystkie kopie, sprawdzić co się różni i przede wszystkim ustalić dlaczego się różni. Jest to bardzo trudne, bo zwykle nie mamy żadnej dokumentacji z czasów produkcji filmu. Tutaj bardzo pomaga kontakt z oryginalną taśmą filmową. Jej gatunek, oznaczenia techniczne umieszczane przez producenta na krawędziach i różne fizyczne cechy zarówno taśmy, jak i zapisanego na niej obrazu, pomagają wydatować dany materiał i stwierdzić, który z nich jest najstarszy, a który nosi ślady późniejszych ingerencji. To niesłychanie fascynująca praca, bo właściwie każdy film ma dla nas inne niespodzianki i stawia nam inne wyzwania. Nieraz porównuję to do detektywistycznego dochodzenia, w którym każdy przypadek wymaga indywidualnego podejścia.

Mam świadomość, że ciąży na mnie bardzo duża odpowiedzialność. Podejmowane przeze mnie decyzje o tym w jakiej kolejności połączyć fragmenty lub która wersja filmu jest tą właściwą, muszą być bardzo dobrze przemyślane. Nie mogę sobie pozwolić na pochopne działania, ponieważ od tego co z tym zachowanym materiałem zrobię, zależy co potem kinowa publiczność będą oglądać. Na podstawie efektu prac restauratorskich widzowie wyrobią sobie zdanie o naszych dawnych filmach, na ich podstawie historycy i filmoznawcy będą opisywać historię kina, a zatem nie może być tu miejsca na błędy i pomyłki. Dlatego właśnie dość powszechną na całym świecie praktyką jest poprzedzanie odrestaurowanego filmu krótką informacją o dziejach tego filmu, o tym jakie były materiały źródłowe, co zostało z nimi zrobione i co tak naprawdę widz zaraz obejrzy.

Chciałbyś się cofnąć w czasie do swoich ulubionych lat? Na planie jakiego filmu przedwojennego chciałbyś się pojawić i z kim chciałbyś porozmawiać?

 Podróż w czasie na pewno byłaby wspaniałym przeżyciem. Chciałbym znaleźć się na planie filmu „ABC miłości”. Nie jest to mój ulubiony film, ale biorąc pod uwagę jego wspaniałą obsadę i dość niecodzienną atmosferę pracy, o której donosiła ówczesna prasa filmowa i o której wiem ze wspomnień jednego z aktorów, podpatrzenie jak to wyglądało w rzeczywistości byłoby czymś niezwykłym. Cudownie byłoby być świadkiem produkcji filmu „Parada Warszawy” – składanki najlepszych numerów kabaretowych i rewiowych z warszawskich teatrów. Ale wydaje mi się, że jeszcze chętniej niż plan filmowy, odwiedziłbym laboratorium i podpatrzył jak od strony technicznej wyglądała produkcja filmu, montaż taśm, przygotowanie kopii do kin itd. A gdybym miał okazję porozmawiać lub przeprowadzić z kimś wywiad, to byliby to scenarzyści lub kompozytorzy muzyki. Najbardziej jednak chciałbym porozmawiać z pracownikami studia filmowego. Z pewnością wypytałbym ich nie tylko o tajniki ich pracy, lecz przede wszystkim o anegdoty z planu filmowego.

zdjęcie Michała ze strony  Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego: Łukasz Gawroński

Michał Pieńkowski: Filmograf. Interesuje się wszystkim, co jest związane z polskim show-biznesem lat międzywojennych: kabaretem, fonografią, kinematografią i radiem. Jest konsultantem filmów i książek z tych dziedzin. Na co dzień pracuje w  Filmotece Narodowej– Instytutcie Audiowizualnym, gdzie opracowuje i dokumentuje przedwojenny zbiór filmowy, a także bierze udział w rekonstrukcji cyfrowej przedwojennych filmów fabularnych. Naukowo zajmuje się historią polskiej fonografii. Prowadzi wykłady, prelekcje i spotkania poświęcone przedwojennemu kinu polskiemu.

 

 

 

 

 

 

Jedna uwaga do wpisu “Fascynacja przedwojennymi filmami zaczęła się od przedwojennych piosenek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s