Kiedy dzieci rzuciły szkołę, poczułam niewymowną ulgę, jakbym po całym dniu zdjęła niewygodne szpilki!

20180712_125348.jpg

Karolina Bojadżijewa-Wesołowska; tłumacz, redaktor, edukator domowy

Jak się to zaczęło, co było impulsem do takiej edukacji?

Zawsze widziałam niedoskonałość systemu edukacji. Nie lubiłam szkoły jako dziecko, a jako rodzic, to wręcz nie znosiłam. Kontestowałam zasadność kucia na pamięć różnych szczegółowych informacji, które, nieprzydatne, szybko ulatują z głowy. Denerwowało mnie poszatkowanie materiału, brak czasu na prawdziwe zgłębienie tego, co kogoś interesuje, bo trzeba zająć się kilkoma jeszcze innymi rzeczami, nie rozumiałam sensu tego uśrednienia, narzucenia, że wszyscy mają się wpasować w szablon, który nie jest skrojony na niczyją miarę. Zawsze wiedziałam, że ten system z założenia nie jest dla uczniów, dla ich dobra, ale nie wiedziałam, że można inaczej, myślałam, że szkoła to takie zło konieczne, przez które wszyscy musimy przejść. Kiedy urodziłam najmłodszego w rodzinie, moja najstarsza córka była w pierwszej klasie gimnazjum, młodsza w piątej klasie szkoły podstawowej. Będąc w domu, na urlopie macierzyńskim, widziałam wyraźniej niż wcześniej, kiedy pracowałam, jak wiele je szkoła kosztuje. I zauważyłam też, że kiedy chorują, opuszczają lekcje, to nadrobienie zaległości plus odrobienie prac domowych zajmuje im niewiele więcej czasu, niż samo odrabianie prac domowych. Zaczęłam zgłębiać tę zagadkę, zaglądać im przez ramię, kiedy koleżanki pisały, co było w szkole. A pisały tak: pierwsze dwie lekcje, język polski, mieliśmy zastępstwo, nic nie robiliśmy (hmm, myślałam, przecież jest lektura do przeczytania, nie można było uczniów zagnać do biblioteki szkolnej, żeby przez półtorej godziny poczytali?), potem była historia, oglądaliśmy film, a do domu jest zadane przeczytać rozdziały 15 i 16 z podręcznika i zrobić 2 strony ćwiczeń (dlaczego, myślałam, dlaczego nie odwrotnie – ćwiczenia z pomocą i inspiracją nauczyciela, a w domu, wieczorem, z rodziną obejrzeć film?), potem był w-f, potem biologia, pisaliśmy całą lekcję sprawdzian, na końcu matma, pani sprawdzała pracę domową i połowa klasy dostała jedynki, bo miała źle, do domu są zadania 7-10, a w piątek sprawdzian z potęgowania… itd., itd. Dotarło do mnie, że cały ciężar nauki przerzucony jest na dom, na rodzinę, a w szkole głównie się sprawdza, czy uczniowie w domu przeczytali, napisali, rozwiązali, zapamiętali, uzupełnili. Mniej więcej w tym czasie odkryłam też, że można żyć inaczej, że można „spełniać obowiązek szkolny poza szkołą”. Kiedy maluch był łaskaw odstawić się od piersi i miałam wreszcie wieczorem wychodne, poszłam, zamiast na wódkę i tańce, jak normalny człowiek, na seminarium o edukacji domowej. Tam usłyszałam coś, co mną wstrząsnęło, sprawiło, że nie spałam dwie noce. Ktoś powiedział mniej więcej tak: edukacja domowa nie jest sposobem życia dobrym dla każdej rodziny, ale ważne, żebyśmy wiedzieli, że mamy wybór, żebyśmy mogli spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie „zdecydowałem, że dla mojego dziecka będzie najlepiej, jeśli będzie chodzić do szkoły”. To był dla mnie moment przełomowy, postanowiłam nie godzić się dłużej na rozwiązanie, które z całą pewnością nie jest najlepsze dla moich dzieci.

Sytuacje stresowe to też był powód przerzucenia się na edukację domową?

Sytuacje stresowe są w życiu zawsze, ale teraz mamy większą świadomość, że w dużej mierze sami je sobie tworzymy, że nasze relacje, organizacja życia, pośpiech lub jego brak, wynikają bardziej z naszych wyborów niż z „odgórnego” narzucenia stylu życia i często absurdalnych wymogów w stylu „zeszyt MUSI mieć margines”. Kiedy dziewczynki chodziły do szkoły, a ja do pracy, zwłaszcza kiedy były młodsze i wymagały odprowadzania i przyprowadzania, rzeczywiście byłam w ciągłym biegu, objuczona siatami z zakupami, dwoma przeładowanymi tornistrami i laptopem pędziłam, wlokąc za sobą ogłuszone pobytem w zatłoczonej  świetlicy szkolnej dzieci, od papiernika (na jutro pomarańczowa krepina! kolega mi złamał ekekierkę, a jutro sprawdzian z geometrii!), przez pobliski bazarek (pani powiedziała, że jak na jutro nie będę mieć na w-f gładkiej białej koszulki, bez najmniejszego wzoru, to każe mi biegać całą lekcję wokół boiska!) do miejskiej biblioteki (na środę trzeba przeczytać mity, a w bibliotece szkolnej jest za mało egzemplarzy!). Nasz rytm snu, pracy, odpoczynku wyznaczali wtedy inni ludzie. Teraz doświadczamy większej wolności, poczucia decydowania o własnym życiu. To świetnie uczy nas wszystkich odpowiedzialności za własne wybory, samosterowalności. A im dłużej jesteśmy poza „mainstreamowym” stylem życia, a to już 4 lata, tym bardziej doceniam, że zeszliśmy z utartego szlaku, że geografii i historii możemy się uczyć podróżując, a biologii na spacerze ornitologicznym po Łazienkach. Że robimy razem dużo rzeczy: wspólnie gotujemy, zgłębiamy tajniki charakteryzacji, gramy w planszówki. Takie zwyczajne-niezwyczajne rzeczy, na które wcześniej brakowało czasu. Sama powiedz, czy to słuszne, że cywilizacja poszła w takim kierunku, że rodzina co dzień rano w pośpiechu rozbiega się po mieście, żeby każdy, mały czy duży, spędził wiele godzin z dala od tych, których kocha, w towarzystwie przypadkowych ludzi, często pokonując dzień w dzień kawał drogi, w korkach, objazdach, po to, żeby zajmować się wcale nie tym, czym by chciał, co mu służy, co poszerza horyzonty, pozwala rozwijać pasje, buduje kapitał emocjonalny i intelektualny na przyszłość?

Jak się przygotowywałaś do tego – czyli uczenia dzieci w domu. Kto uczy dzieci?

Na początek przeczytałam cały Internet J i kilka książek poświęconych temu tematowi. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta napisana przez Wiesława Stebnickiego, który obrazowo porównał różnicę między edukacją masową a domową, do różnicy między zakładem żywienia zbiorowego a domowym obiadem. Tylko w tym drugim przypadku możliwa jest prawdziwa indywidualizacja, odpowiadanie potrzebom konkretnego, jedynego w swoim rodzaju człowieka, miejsce na prawdziwą relację i radość ze wspólnego działania. Kiedy to sobie ułożyłam w głowie, zaproponowałam córkom, żebyśmy pojechali na majowy zlot rodzin z edukacji domowej, zobaczyli, co to za banda dziwaków i czy chcemy do niej należeć. Spędziliśmy klika cudownych dni rozmawiając o rzeczach prawdziwie ważnych i zupełnie trywialnych, śmiejąc się przy ognisku, włócząc i eksplorując teren w okolicach zjawiskowej tamy, w nocy zwiedziliśmy zamek Czocha. Po powrocie już wiedzieliśmy, że we wrześniu nasze dziewczynki nie pójdą do szkoły, i że edukacja domowa nie ma nic wspólnego z siedzeniem całe dnie w domu nad książkami, że to prawdziwe wyjście do prawdziwego świata. Pytasz, kto uczy dzieci. To powiem Ci, że każdy, z kim wchodzą w relację. Każdy spotkany człowiek może nas czegoś prawdziwie ważnego nauczyć! Dobrze, dobrze, wiem, co miałaś na myśli – podstawę programową, bo przecież uczniowie z edukacji domowej zdają roczne egzaminy z przedmiotów szkolnych. Moje córki są już duże, większości uczą się same. Dzięki Internetowi jest teraz taki dostęp do informacji, tyle platform edukacyjnych, tak łatwo znaleźć osobę, którą można o coś zapytać, że to naprawdę nie problem. I taka samodzielność daje niesamowite poczucie mocy sprawczej, wiary w swoje możliwości. Pamiętam, jak zapytałam córkę po pierwszej w jej życiu lekcji chemii, kiedy była jeszcze w stacjonarnej szkole, jak sądzi, czy chemię polubi, czy będzie dla niej ciekawa, łatwa, trudna, inspirująca. A moje trzynastoletnie wówczas dziecko spojrzało na mnie ze smutkiem i powiedziało poważnie: myślę, że to będzie kolejna rzecz, w której jestem słaba. Rok później, już w edukacji domowej, zapytałam, czy poszukać kogoś, kto jej pomoże przygotować się do egzaminu z chemii, a ona odpowiedziała, że spróbuje najpierw sama. I dwa dni później przybiegła do mnie, dziko podekscytowana i dumna, żeby powiedzieć: mamo, mamo, rozkminiłam, jak się oblicza liczbę atomową węglowodorów! Jeśli dałam radę to zrobić, to znaczy, że wszystko mogę!

Nie przerażało cię, ze musisz stać się pomocnikiem w lekcjach wszystkich: matma, fizyka, plastyka itd.

Buhaha :-). Zawsze nim byłam, kiedy dzieci tego potrzebowały. To w ogóle wydumany problem, że zagadnienia szkolne są wiedzą tak tajemną, że bez pomocy fachowca z zewnątrz przerosną całą rodzinę. Nauczyciel jest potrzebny i niezastąpiony, jeśli jest mistrzem, do którego uczniowie sami przychodzą, nieprzymuszeni, jeśli wchodzi z nimi w prawdziwą, przyjazną relację, opartą na wspólnych zainteresowaniach, chęci dzielenia się wiedzą, zarażania pasją, a nie zadawania do domu i odpytywania. Dzieci i młodzież z edukacji domowej spotykają się w małych grupkach z pasjonatami w różnych dziedzinach, niekoniecznie pokrywających się z programem nauczania szkolnego, dyskutują o literaturze, uczą się astronomii, robią eksperymenty chemiczne i fizyczne, programują, konstruują roboty, szyją czy co tam kto lubi. Takie zajęcia nie przypominają lekcji – nikogo nie trzeba dyscyplinować, karać za przyjście 2 minuty po dzwonku, wywoływać do tablicy. Można coś za to wysadzić albo bezkarnie pluć do kubeczka z cukrem, żeby dowiedzieć się czegoś o działaniu enzymów trawiennych. Języka obcego można uczyć się przyrządzając spaghetti z zaprzyjaźnionym nativem,  historii, biorąc udział w grze miejskiej, prowadzonej przez wielbiciela danej epoki, rekonstruktora. Dla nauczycieli, osób prowadzących takie zajęcia, to też pozytywne doświadczenie, bo mogą podążać za swoimi uczniami, mają czas, by odpowiedzieć na każde pytanie, nikt ich nie rozlicza z tego, co „przerobili”, nie ma tej całej rozpasanej papierologii, jest nieliczna grupa ludzi o wspólnych zainteresowaniach i twórczo spędzony czas. W szkole systemowej nie ma na to szans.

Jak rozwiązujecie problem związany z pewnymi cieplarnianymi warunkami jakie stwarza nauka w domu?

Nie widzę tu żadnego problemu, nie trzymamy dzieci w komórce pod schodami. Przychodzi nam to łatwo, bo w blokowym mieszkaniu nie mamy schodów ;-).  A serio, nie bardzo wiem, o co pytasz. Nasze córki mają kontakt z rówieśnikami, jeżdżą na obozy, konwenty, zapisują się na różne warsztaty, na przykład komiksowe, więc mają styczność z wieloma ludźmi. Mają obowiązki domowe, o które się zresztą dość często konfliktujemy, mają do zdania roczne egzaminy z kilkunastu przedmiotów, stawiają czoła różnym wyzwaniom, jak konieczność samodzielnego dojechania na drugi koniec Polski do koleżanki, odpowiedzialność za małego braciszka, z którym czasem zostają same na kilka godzin. Mają koleżanki, które zmagają się z depresją, rozwodem rodziców, śmiertelną chorobą bliskiej osoby. Wiedzą też, co to znaczy walczyć o swoje miejsce w dużej grupie, bo przez kilka lat uczyły się w zwykłej szkole. Pewna cieplarnianość dotyczy raczej naszego czterolatka, który nie chodzi do przedszkola, a z oczywistych powodów nie włóczy się jeszcze sam po osiedlu z kolegami, więc – choć stwarzam mu wiele okazji do przebywania wśród dzieci – zawsze ma w trudnej sytuacji wsparcie kogoś bliskiego, kto pomoże mu poradzić sobie z emocjami.

Jak zapewnia się dzieciom towarzystwo w takiej nauce i czy często się integrujecie z innymi dziećmi, które też mają domową edukację.

Znalezienie nowych znajomych rzeczywiście było z początku wyzwaniem, znacznie większym niż nauka. Na szczęście jest mnóstwo grup na Facebooku, na których rodziny z edukacji domowej mogą poznać inne rodziny z dziećmi w podobnym wieku, zebrać grupkę na jakieś zajęcia lub umówić się na wspólny weekendowy wypad. Na pewnym spotkaniu, zainicjowanym przez grupę bielańską, poznałam na przykład sąsiadkę z bloku! A moje dziewczynki poznały tak kilka nowych koleżanek. Relacje moich córek z innymi nastolatkami wyglądają teraz zupełnie inaczej niż w czasach szkolnych. Mają mniej znajomych, ale są to znajomości dużo głębsze, bliższe, warte podtrzymania i podtrzymywane mimo często znacznej odległości. Możliwość dysponowania swoim czasem pozwala im na podróżowanie do przyjaciół, spędzenie z nimi kilku dni co jakiś czas, zamiast kilku minut na przerwie, codziennie. Dzieciaki same angażują się w różne projekty, na przykład wspólne pisanie opowiadania, tworzenie komiksu. W życiu moich córek ważni są też znajomi z obozów, z sąsiedztwa, w różnym wieku i niekoniecznie z edukacji domowej, nie zamykamy się w jakimś getcie. Nastolatki są samobieżne, nie życzą sobie, żeby rodzice ingerowali w ich znajomości, rzadko reagują entuzjastycznie na moje propozycje, żeby może zaprosić do nas lub wyciągnąć do kina tę lub inną koleżankę, więc staram się nie narzucać i nie organizować. Inaczej jest w przypadku czterolatka, on się przez Facebooka z kumplami nie skrzyknie na spontaniczne ognisko na żoliborskiej plaży, to już moja działka. Żeby miał swoją bandę, założyłam grupę Domowe Przedszkolaki Warszawa, gdzie umawiamy się z rodzicami takich maluchów na wspólne wyjścia do zoo, na warsztaty biblioteczne, basen, pieczenie pierniczków, luźne spotkania. I wiesz co? Grupa ma już ponad 400 członków, a spotykam się wciąż z tą samą garstką osób. Intryguje mnie to…

Nie czujesz się, że jako kobieta całkowicie poświęciłaś się dzieciom? Nie żałujesz? Co robisz dla siebie?

Czuję, że żyję w zgodzie ze sobą. Kiedy za moją namową dzieci rzuciły szkołę, poczułam niewymowną ulgę, jakbym po całym dniu zdjęła niewygodne szpilki! Miałam taki etap w życiu, że praca zawodowa była dla mnie bardzo ważna, dawała mi poczucie, że robię coś ważnego, potrzebnego. Ale jednocześnie wiedziałam, że najważniejsze jest dla mnie bycie mamą, więc strasznie się szarpałam, próbując to pogodzić. Teraz czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie chcę być. Nie jestem typem cierpiętnicy, nie zdecydowałabym się na takie życie, gdybym miała poczucie, że się poświęcam. Więc nie, nie żałuję, że przeszliśmy na edukację domową, raczej, że zrobiliśmy to tak późno! A co robię dla siebie? No właśnie to – żyję blisko tych, których kocham, patrzę z bliska, jak rozkwitają, jak z dzieci przepoczwarzają się w pięknych, szczęśliwych młodych ludzi. A żeby nie zwariować z nadmiaru szczęścia i wzruszeń, od paru miesięcy znów jestem studentką, tym razem wychowania przedszkolnego i edukacji wczesnoszkolnej. Bo wiesz, młody od początku będzie w edukacji domowej, więc chcę mieć poczucie, że wiem, co robię.

I na koniec… jak się motywuje dzieci?

Często słyszę od znajomych, że u nich edukacja domowa by się nie sprawdziła, bo gdyby dzieciaki nie miały bata nad głową, to tylko grałyby na komputerze i oglądały głupstwa na Youtubie. Śmieszy mnie to, bo zakłada, że dzieciom brak jakiejkolwiek ciekawości, że absolutnie niczym się nie interesują, nie lubią czytać ani poznawać świata, a danie im wolności zgłębiania tego, co uznają za ciekawe, to droga do katastrofy. Zahacza to o kwestię zaufania i kontroli i daje do myślenia – dlaczego my, dorośli, ufamy niemowlętom, że wiedzą, kiedy potrzebują spać, kiedy są gotowe uczyć się chodzić, że mając dostęp do jedzenia nie umrą z głodu, a jednocześnie uważamy, że kilkulatek, nie popędzany odgórnym programem nauczania nie zapragnie nauczyć się czytać, że nastolatek nie zaciekawi się programowaniem lub teatrem. Myślę, że dzieciom wystarczy podsuwać różne propozycje, pokazywać różne dziedziny życia i wspierać je w rozwijaniu zainteresowań, które się w sposób naturalny pojawią. W edukacji domowej często obserwuję, jak młodzież „przysiada się” do bliskich im dorosłych, którzy akurat oglądają film dokumentalny o Nelsonie Mandeli, jak ambitnie zabiera się za naukę języka obcego, bo marzy o podróży do jakiegoś kraju, jak bierze się za pisanie opowiadań, kręcenie filmów, zgłębianie tajników jakiegoś programu do obróbki zdjęć, umawia się ze znajomymi do teatru na zaskakująco poważną i dojrzałą sztukę. Najlepiej byłoby im w tym nie przeszkadzać, ale to oczywiście wizja idealistyczna, bo obowiązuje nas podstawa programowa, więc chciał nie chciał rodzaje archaizmów i wzór na objętość ostrosłupa trzeba znać, choćby te zagadnienia były odległe od ukochanej przez dziecko astronomii o całe lata świetlne. Świadomość, że niezdany egzamin powoduje powrót do edukacji systemowej bardzo dzieciom pomaga w zmobilizowaniu się do nauki. Spotkania z  ludźmi, którzy pasjonują się daną dziedziną, podsunięcie ciekawej książki lub filmu, potrafią czasem zmienić podejście do danego przedmiotu, ale nie zawsze. Ja się nie napinam, żeby za wszelką cenę przekonać córki do czegoś, czego nie lubią, szanuję ich prawo do „nielubienia” jakiegoś przedmiotu, okresu historycznego czy lektury. A na padające czasem pytanie: „Po co mam się tego uczyć? Przecież to mi się nigdy do niczego nie przyda!” odpowiadam z czystym sumieniem: „Po to, żeby móc nie chodzić do szkoły” ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s