Moje obrazy z racji poruszania czasem niewygodnej tematyki kobiecości, były kilkukrotnie cenzurowane

87298050_2623436204420940_4694742864796581888_n

Urodą przypominasz aktorkę z filmów z lat 50-60 Teresę Tuszyńską, ale też Natalie Portman z czasów Leona Zawodowca

HELENA STIASNY: To zabawne, bo ta fryzura powstała bez żadnego planu. Zaczynając studia w geście niezgody na świat ścięłam do zera bardzo długie  włosy i od tamtej chwili one tak sobie odrastają. Jak mi zaczynają przeszkadzać w którymś miejscu przycinam je nożyczkami. A Leona Zawodowca obejrzałam dopiero jak któryś raz usłyszałam, że przypominam Matyldę.

Twoje ilustracje do książki o początkach wojny pt. Widziałem pięknego dzięcioła są nagradzane na wszystkich możliwych konkursach.  Jak się wczułaś w jej klimat?

Wydaje mi się, że od pierwszych przeczytanych zdań czułam ten klimat gorącego lata i czegoś co wisi w powietrzu.

“A wiatr kołysze zielonymi liśćmi
I cętki światła biegają po twarzach.”

To wers z Miłosza “Przy piwoniach” i to on był dla mnie trochę takim drogowskazem jak “czuć” lato i jak je malować, bo ilustracje zaczynały powstawać w listopadzie, kiedy słońca w ogóle nie było.
Kiedy czytałam te zdania pisane przez małego chłopca, o prostych rzeczach jakie się robi w wakacje będąc dzieckiem, stawały mi przed oczami moje własne wspomnienia z dzieciństwa. Zalanego słońcem trawnika, głębokich cieni drzew i czegoś co majaczy gdzieś w głębi.
To co nas – dorosłych najbardziej porusza w tych wpisach to przecież te daty, które dla małego Michała nie znaczyły wtedy absolutnie nic. Czytając ten zeszyt, tylko my wiemy, że to jest odliczanie do katastrofy. Nie wiedział tego ani autor, ani przyroda. I to jest wielka siła tych wpisów. Tam wybuch bomby ma taką samą wagę, jak znalezienie gąsienicy w ogrodzie! To nie jest kolejna heroiczna opowieść o walce. To jest szczery zapis dziecka, które dowiaduje się, że zło nadciąga. I to nie idzie wojsko w mundurach. W tym dzienniku zło nadchodzi jako widmo, jako coraz gęstsza atmosfera. Zło z którym nie da się walczyć, jak z burzą. Nie da się zatrzymać czarnych chmur. Można tylko patrzeć, jak idą i czekać, aż przejdą. Tyle może zrobić dziecko, kiedy nadchodzi wojna.
Ta wojna w dzienniku z resztą dzieje się jeszcze gdzieś obok. Chłopca jeszcze przed nią bronią gałęzie drzew, żywopłot ogrodu, świat dzieciństwa. I ten piękny świat dopiero ma runąć, jeszcze chwilę trwa, dopóki nie spłoną drzewa. I jeszcze przez chwile, to zło, to tylko widma i cienie i groza ciemnego nieba.
Tak mówiłam sobie malując i odnajdywałam w pamięci obrazy chwil szczęścia i strachu, zalanych słońcem i przysłoniętych cieniem.

Co zaskoczyło cię w tych wpisach małego chłopca?

Byłam bardzo poruszona tym dziecięcym światem z początku beztroski, później niezbitej nadziei. Konsekwencja zapisu świadczy o tym, że zdawało się, że to wszystko zaraz minie. “Warszawa dzielnie się broni.” To zdanie z datą 14 września 1939. Mi się coś przewraca w żołądku, za każdym razem, kiedy to czytam.

Udało ci się porozmawiać z dorosłym już dziś autorem wpisów do pamiętnika?

Niestety jeszcze nie. Moje plany odwiedzin ks. Michała Skibińskiego legły w gruzach, gdy wybuchła epidemia…

Jak myślisz w czym tkwi sukces Twoich ilustracji, że zdobywają one wszystkie możliwe nagrody na świecie?

To trochę za dużo powiedziane, chociaż faktycznie nagroda w Bolonii to ogromny sukces. Ale myślę, że jeśli czymś tutaj zawalczyłam, to chyba szczerością wypowiedzi malarskiej. Zawsze wydawało mi się, że plamy słońca, zalana światłem roślinność, aura gorącego lata i kolory letniej burzy to coś tak pięknego i niesamowitego, że nigdy nie uda mi się tego namalować. A jednak jakoś się udało. Odmalować ten niepokój, który zawsze czułam na widok drzew kołyszących się na wietrze nocą. Chyba udało się dzięki temu zrobić to, co ilustracja powinna robić. Dodać dodatkową wartość do tekstu.

Zaskoczył cię ten sukces, bo w sumie, kogo dziś obchodzi wojna…

Zasięgi Wydawnictwa Dwie Siostry są duże, ale spodziewałam się najwyżej jakiegoś krótkiego artykułu i byłam bardzo zaskoczona tymi nagrodami. Wojna to nadal emocjonujący temat w Polsce, ale nikt, tak jak wojną, nie emocjonuje się tym, co czują dzieci. Byliśmy raczej wszyscy przekonani, że książka nie będzie miała wielkich zasięgów, bo może nie zostać zrozumiana. Ludzie w tematach wojennych spodziewają się dzielnych powstańców, a nie ulatującego świata marzeń. Ale na szczęście nie wszyscy.

Skąd pomysł, by wydać książkę pod nazwiskiem Ala Bankroft?

Chyba stąd, że to też był dla mnie jakiś eksperyment. Na co dzień zajmuję się klasycznym malarstwem, a moje obrazy z racji poruszania czasem niewygodnej tematyki kobiecości, były kilkukrotnie cenzurowane, nawet przez samą Akademię Sztuk Pięknych i nie chcieliśmy, aby odbiór książki mógł być zaburzony przez samą postać ilustratorki. Do dziecięcego dziennika pasowało przybrać imię Ala. A nazwiska Bankroft używałam już wcześniej przy okazji jakichś prób streetartowych.

Jesteś malarką, fotografką robisz ilustracje i animacje. Czy w dzisiejszym świecie sztuki jest w ogóle potrzeba, by się określać? 

Wydaje mi się, że to już dawno przestało mieć znaczenie. W gruncie rzeczy ja kończę studia na Wydziale Grafiki, a jednak to malarstwo jest czymś, co najbardziej definiuje nie tylko moją twórczość, ale chyba w ogóle moje życie. Jak się jest artystą robi się to, co wydaje się najlepiej przekazywać jakąś myśl. Z resztą później słyszy się takie hasła jak “malarskie zdjęcia” albo “graficzne malarstwo”. To się przenika, granice nie do końca istnieją.

Co daje ci taka różnorodność form w tworzeniu i w czym spełniasz się najbardziej?

Kocham malować i uwielbiam to robić na wielkich płaszczyznach. To sprawia mi jakąś nieprzepartą radość. Kolory, kształty, jakaś myśl złapana w metry kwadratowe płótna.
Malarstwo coraz bardziej otwiera mi oczy na kontrasty barw. A po tysiącach narysowanych tradycyjnie klatek animacji wiem, co to wytrwałość. Ale umiejętności rysunkowe i malarskie sprawdzają się też świetnie np. przy retuszu zdjęć. Fotografię też traktuję jako rodzaj malarstwa.

Działasz też na Instagramie. Lubisz publikować swoje zdjęcie? Co chcesz nim przekazać?

W mojej twórczości mocno pracuję z własnym wizerunkiem, autoportret jest moim głównym środkiem wyrazu zarówno w malarstwie, jak i fotografii. To też główny temat mojego dyplomu, nad którym teraz pracuję. Przez malowanie i fotografowanie siebie szukam sposobu ukazania życia wewnętrznego, osobistych przeżyć. Szukam jakiejś prawdy o sobie i o świecie, który się we mnie odbija. Oczywiście mam też do siebie dużo dystansu i Instagram jest dla mnie miejscem, gdzie mogę publikować zarówno na poważnie, jak i na śmiesznie. Zrobić z siebie bóstwo albo błazna zależnie od humoru, zabawić czymś innych, albo przekazać coś ważnego.

Myślisz, że zawsze będziesz artystką…

To się na pewno nie może znudzić i myślę, że to są już nieodwracalne zmiany. Jak się zaczęło nie da się przestać. Dla mnie już nie ma życia bez sztuki i kiedy nie tworzę czuję się po prostu źle. Potrzebuję jakiegoś sposobu, żeby wylewać swój wewnętrzny świat poza siebie. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek przestała malować, ale nawet jeśli, to szybko zajmę się inną formą realizacji artystycznej. To nawet nie tyle uzależnienie, co po prostu sposób życia i inaczej chyba już nie umiem.

Co najbardziej chcesz przekazać swoim odbiorcom?

Prawdę i emocje. W tym co robię staram się oddać te wszystkie stany emocjonalne jakie przechodzę, a które przecież przechodzi każdy z nas, tylko może nie zatrzymuje się przy nich na dłużej, odgania je. Tęsknota, miłość, szczęście, smutek. Staram się chwytać marzenia, pokazać piękno tego, co jawi mi się jako piękne i koszmar tego, co w tym pięknym świecie jest głęboko straszne. “Mitologizacja marzeń” – tak to nazwała moja przyjaciółka i chyba to trafne określenie.

Co jest dla Ciebie w życiu ważne – w sztuce i w życiu?

Może to najbardziej banalna odpowiedź, ale myślę, że miłość. To chyba najpiękniejsza rzecz i w życiu, i w sztuce, i najsilniejsza siła jaka w ogóle istnieje na świecie. Myślę, że gdybym nie umiała tak kochać, nie umiałabym też malować.
W końcu kiedy się kocha wszystko jest piękne, a kiedy się kocha nieszczęśliwie wszystko odczuwa się jeszcze mocniej. Proste rzeczy potrafią niemiłosiernie boleć, a głupstwa niewyobrażanie cieszyć. I to pozwala mi chyba dostrzegać lepiej świat. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Helena Stiasny – artystka, urodzona w 1997 roku w Warszawie, studentka Wydziału Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Reprezentuje nurt figuratywny w malarstwie współczesnym. Jej obrazy są pełne energii i koloru. Cechuje je szczerość i odwaga wypowiedzi oraz bujność wyobrażeń. Odbija się w nich młodość i wrażliwość na świat. 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s