Ratuje świerszcze, w domu ma cały zwierzyniec. W szkole uczy od lat, ale ostatnio ma dość!

Jesteś nauczycielem od prawie 30 lat! Jak tam się miewa ten zawód…

Marzena Sobczyńska: Coraz mniej rzeczy mnie w nim trzyma, bo ja się zmieniam, a on nie ;-). Nauczyciele dalej stosują dryl pruski, czyli tablica, kreda i praca domowa. Mam zupełnie inne podejście do swojego zawodu i chciałabym w nim coś zmienić.

Można by zacząć od zbliżającego się końca roku, który jest moim zdaniem – targowiskiem próżności. Każde dziecko zasługuje na brawa,  a nie tylko te, które otrzymują świadectwa z czerwonym paskiem. Dzieje się tak, bo nie patrzy się na uczniów w sposób indywidualny. Przecież dziecko, które jest świetne z wf-u i jest, na przykład Mistrzem Polski Szczypiornistów, a miałam takich uczniów, nie zawsze jest uznawane w szkole, bo zdarza się, że jest pyskate, co się nie podoba niektórym nauczycielom. Takich sytuacji jest mnóstwo w szkole. I one są męczące. Nauczyciele są często zakompleksieni i nie lubią inteligentnych dzieci, które zadają pytania i nie zgadzają się często z ich teoriami. 

Co jest najtrudniejsze teraz w uczeniu dzieci?

Dzieci są bardzo samotne. Potrafią te młodsze, biec za mną, nieść torbę, owijać się w szalik. Idąc korytarzem miałam wrażenie, że mam grono winogron przy rękawie. Wynika to z tego, że większość z ich rodziców pracuje w korpo. Byłam przez jakiś czas wychowawczynią w 5 klasie. Dzieci opowiadały mi, że same wychodzą z domu, same wracają do niego, a rodzice wracają dopiero koło 19.00. Maluchy są szczere, więc mówią głośno, że rodzice spłacają kredyt za 100 metrowe mieszkanie.

To obciąża nauczyciela…

Dodatkowo rodzice są w stosunku do nauczycieli bardzo roszczeniowi i napastliwi, co wynika często z poczucia winy, że poświęcają dzieciom mniej czasu, niż by chcieli. Chcą o wszystkim decydować. Mieć nad nauczycielem kontrolę, ale na pewno kiepsko by się czuli gdyby  w ich firmie ktoś zupełnie z poza narzucał  im swoją wolę ,ciągle ich pouczał i mówił, co mają robić Wynika to chyba z braku zaufania i braku wiary, że działamy w tej samej sprawie. Leczą swoje sumienia krzycząc na nas, by sobie samemu udowodnić, że dbają o dziecko. Mówią bardzo często o braku autorytetu nauczyciela, ale trzeba zacząć od kultury osobistej dziecka. Nauczyciele są różni jak różni bywają ludzie, ale jednak nie wyobrażam sobie, żeby moje małoletnie córki nie szanowały nauczycieli. Mimo wszystko, nawet wtedy kiedy jest inny = dziwny nie daje to przyzwolenia na niestosowne zachowania dziecka. Oczywiście byłoby wspaniale gdyby nauczyciele byli pełni pasji, mądrości, życzliwości, ale uważam, że dopóki nie zmienia się finanse nikt taki j.w. nie przyjdzie do szkoły. Ktoś inteligentny, kreatywny nie będzie brał na barki takiego obciążenia i niewyobrażalnej  odpowiedzialności dostając pensje 2,500 zł. Młodzi ludzie teraz chcą żyć nie wegetować.

Ludzie często myślą , że praca nauczyciela to nic takiego… Tacy ludzie powinni wyobrazić sobie, że co 45 min (bez względu na samopoczucie, niedyspozycje, problemy itp.) mają występ przed bardzo różną, liczną i wymagającą publiką. Rodzicom często ciężko wytrzymać z dwójka swoich dzieci, a proszę sobie wyobrazić, że do domu przychodzi ok. 30 dzieci, z różnych domów, inaczej wychowanych i trzeba się nimi zająć. Dzień, dwa, tydzień, miesiąc, kilka lat… To jest naprawdę katorżnicza praca  i dlatego uważam, że nauczyciele powinni uczyć jedynie do 50tki, potem to już nie ta energia, nie te dily (oczywiście generalizuję, bo są wyjątki).

Pandemia zmieni te zwyczaje?

Nie wiem. W edukacji przez internet jest jeszcze gorzej. Nie mogę ścierpieć niektórych metod. Taki przykład. Test. Dziecko pisze złą końcówkę słowa: żółwia zamiast żółwi. System traktuje to jako błąd. To jest strasznie frustrujące dla uczniów. Albo inny przykład: niektórzy nauczyciele w szkole mojej córki życzą sobie, by robiła prezentacje w płatnych programach, bo będą one oceniane wyżej. System mailowy nie wszędzie działa perfekcyjnie i wynikają z niego błędy ze źle wystawionymi ocenami, których nikt nie spieszy się poprawić… Ta sytuacja jest trudna, dzieci są biedna bez wsparcia w zamknięciu cały dzień przed komputerem – rano lekcje, a potem odrabiają prace domowe. Ilość zadawanych prac jest koszmarna.

Presja jest ogromna!

Tak, takiej ilości depresji wśród uczniów nie było nigdy. Tyle się mówi w portalach społecznościowych czy programach, że są takie ciężkie czasu i trzeba wesprzeć dzieci. To jest teoria, a w praktyce nie przekłada się to na nic. Po prostu tak samo, jak nikogo nie obchodzi czy dziecko ma sprzęt do nauki w domu, plus pieniądze, by kupić dodatkowe programy, które być może zagwarantują mu lepsze stopnie.

Nie buntujesz się?

Oczywiście, że to robię. Kiedyś powiedziałam rodzicom, że moim zdaniem większość prac domowych nic nie wnosi. Poprosiłam o poparcie w tym temacie. Nic z tego. Większość z nich popatrzyła na mnie jak na wariatkę i zapytała: co w takim razie dzieci mają robić w domu?

Koszmar. Choć za naszych czasów w szkole też uczyli bzdur i zadawali nudne prace domowe.

Ale teraz jest jeszcze więcej przedmiotów i zadań. Kiedyś to na przykład na zetpetach zrobiłaś sobie kanapkę lub powypalałaś w drewnie. Teraz sama teoria: rzuty prostokąta –nawet nie wiem, co to jest (śmiech). Coraz trudniejsze są też testy, kartkówki: mają po 18 pytań na przykład z rewolucji francuskiej do wypełnienia w ciągu 7 minut. Fajnie byłoby, gdyby zamiast rozwiązywać zadania z płatnych appek, nauczyć je rozpoznawać głos ptaka czy gatunki drzew.

Może przydałoby się uczyć dzieci empatii, rozwiązywania problemów? Są szanse?

Nie rozumiem tego, że przez tyle lat wciąż podobnie wygląda edukacja. Że nikt nie wpadł na pomysł wprowadzenia przedmiotu o empatii, szacunku, zrozumieniu inności…jak rozwiązywać samemu problemy…

Zlikwidowałabym też stopnie, aby uczniowie zaczęli uczyć się dla siebie, nie dla średniej. Pisali by po prostu testy poziomujące. W niektórych przedmiotach mogliby poznawać jedynie podstawy, żeby mieli czas na te ,które naprawdę ich interesują. Ja osobiście uważam, że zmarnowałam kilkanaście lat na matematykę, której nigdy nie rozumiałam i nie lubiłam.Ten czas mogłam przeznaczyć na język polski, historie, na to co mnie naprawdę frapowało .

Jesteś mamą. Patrzysz na uczniów jak na swoje dzieci?

Tak! Zawsze się staram,  by traktować ich jak własne dzieci I tak, jak bym chciała, żeby moje były traktowane. Ucząc biologii staram się ich zaciekawić przez robienie doświadczeń, bo sucha wiedza nic nie daje, szybko się ją zapomina. Rozdawałam im na przykład świerszcze do opieki.

Łapałaś je?

Nie, kupowałam w sklepach zoologicznych. Kiedyś córka wpadał na pomysł, by je ratować, bo są sprzedawane m.in.  jako karma dla ptaków. Poszłyśmy kupić jednego świerszcza, a okazało się, że są pakowane po 10 sztuk w opakowaniu. Zaczęłyśmy je hodować w habitacie. Było pięknie, grały co wieczór. Córki bardzo o nie dbały, to była ich pasja. Dlatego zaproponowałam w szkole, żeby uczniowie je ratowali – opisywali ich zwyczaje, robili zdjęcia.  Świerszcze jedzą wszystko: szynkę, żółty ser, bo potrzebują białka. Co ciekawe, na koniec roku dostałam od ucznia 10 świerszczy w przepięknym transporterze, takim jak mają kotki. Podarował mi je z życzeniem: że dzięki temu, wszędzie będę mogła je zabrać, nawet do kawiarni.

Masz też swoją drugą pasję naukowo przyrodniczą. Kury i koguty są już chyba członkami rodziny?

Wszystko zaczęło się od prezentu dla mojej córki od matki chrzestnej. Były to 4 kury. Tak to się zaczęło, że od 7 lat mamy ciągle jakieś kurki. Mieszkamy koło lasu, więc większość hodowli była zjadana przez lisy (głębokie westchnienie Marzeny), ale wybaczamy im, bo pewnie miały młode . Teraz już się to nie zdarza, bo są dobrze ogrodzone. Wszystkie nasze kury mają imiona, nigdy ich nie jemy, a umierają śmiercią naturalną. Ostatnio miałam taką historię: ktoś nie zamknął bramy, zniknęło całe stado, oprócz koguta Wiesława i jego małżonki czarnej kury. Powiedziałam, że to już koniec z hodowlą, bo stresu jest potwornie dużo. Oczywiście nic z tego nie wyszło, bo mąż kupił nowe dwie białe, śliczne kurki. Wpuściliśmy je, patrząc, czy nie zaatakuje ich Wiesław z żoną, ale nic. Wszystko było w porządku. Poszliśmy na spacer z psem, w połowie drogi kury podniosły takie larum, że szybko popędziliśmy z powrotem. Wracamy, widzimy na podjeździe do domu psa sąsiadów z białym skrzydłem w pysku. Jakoś udało się kurze uciec mu, mimo, że pies odgryzł jej skrzydło. Pojechałyśmy z Córką  do weterynarza, który pierwszy raz operował kurę – udało się amputować jej kawałek skrzydła. Lekarz jak ją usypiał bał się, że nie przeżyje, a kiedy miał ją na stole, odebrał telefon i poinformował rozmówce dwuznacznie, że nie może rozmawiać, bo ma kurę na stole (śmiech). Udało się uratować kurę. Teraz jest z kikutem i nazywamy ją – Wenus z Milo. Zaczęła rządzić w stadzie.

Są udomowione u was maksymalnie 😊

Kiedy córki były młodsze nosiły je na ramionach jak papugi, głaskały, znały dokładnie każdej rozpiętość skrzydeł. Teraz Wenus z Milo ciągle chodzi za córką, bo ona pomagała przy jej operacji. Są nierozłączne!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s