Pan od kina nie płacze na filmach

Jedno jest pewne. Tę Gdynię zapamiętam na zawsze – napisałeś po zakończeniu tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Dlaczego?

ŁUKASZ MACIEJEWSKI: Festiwal miał inną energię niż wcześniejsze edycje, w których brałem udział, a to już – trudno to sobie wyobrazić – moja dwudziesta szósta Gdynia! W tym roku festiwal odbywał się jednak bez ludzi, widzów, nie było praktycznie nikogo. A zawsze były przecież tłumy, reprezentanci środowiska artystycznego i filmowego. Mam nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy.

Była radość z oglądania filmów?

Kino i pisanie o nim to mój sposób na życie. Lubię to, raduję się oglądając filmy. Potrafię wyłączyć całkowicie aparat filmoznawczy, wiedzę i kompetencje, w kinie staję się  dzieckiem, szczęśliwcem, kimś, kto dostał cukierki. Tak było w tym roku, podczas seansu „Zabij mnie i wyjedz z tego miasta” – filmu, który zdobył tegoroczne Złote Lwy. Seans to była piękna rozmowa twórcy z widzem. Za pomocą animacji, reżyser opowiedział o życiu w mieście Łodzi, śmierci i odchodzeniu. Odnalazłem się w tym czule i intymnie.

Jak znalazłeś swoją drogę w świecie filmu. Poczucie, że chcesz się nim zajmować?

Dosyć wcześnie. Już w liceum pisałem do „Kina” czy do „Filmu”, pracowałem też tarnowskim Radiu Maks, gdzie prowadziłem autorską audycję o kinie. Nie byłem samotny w filmowej pasji. Chodziłem do klasy m.in. z Moniką Strzępką, późniejszą wybitną  reżyserką teatralną. Dorastałem z Marcinem Wroną, reżyserem, Jackiem Dukajem, pisarzem czy Wilhelmem Sasnalem, malarzem. Znaliśmy się, kibicowaliśmy sobie nawzajem. Jesteśmy prawie rówieśnikami, wypłynęliśmy również międzypokoleniowo. Jako nastolatek, byłem szalenie chłonny na wszystko, co się dzieje.

Pamiętasz swoją pierwszą recenzję?

Szkoła podstawowa, wypracowanie na temat „Amadeusza” Milosa Formana. Skala ocen była pięciopunktowa, ale ja dostałem od polonistki piątkę z trzema wykrzyknikami! Dorastałem w ogóle w lepszych dla krytyki filmowej czasach. Po skończeniu filmoznawstwa naprawdę wystarczyło dobrze pisać, mieć osobowość, a praca sama cię znajdywała. Moi studenci  nie są w stanie uwierzyć, że po napisaniu przeze mnie lata temu pamfletu o polskim kinie w „Tygodniku Powszechnym”, debata na jego temat trwała  chyba rok. Dzisiaj, mam wrażenie, mało kto w ogóle czyta recenzje, a jeszcze mniej osób się nimi przejmuje.

Jaki film w młodości cię poruszył?

Na przykład „Przez dotyk” Magdy Łazarkiewicz, zrealizowany pod opieką Krzysztofa Kieślowskiego. Miałem czternaście albo piętnaście lat, ten film wywołał we mnie ogromne emocje, które chciałem przekazać innym i reżyserce. Nie było wtedy, tak jak dziś, internetu, komputerów czy telefonów komórkowych. Wiedziałem tylko, bo czytałem już miesięcznik Kino, że redaktorem naczelnym dodatku „Reżyser” jest Piotr Łazarkiewicz. Podejrzewałem, że to być może jest rodzina Magdaleny Łazarkiewicz, napisałem łzawy list do reżyserki Przez dotyk, wrzucając go do większej koperty z notatką do pana Piotra, żeby – jeśli jest z rodziny Magdaleny Łazarkiewicz – przekazał jej ten list. Wyobraź sobie, że dostałem od Magduy odpowiedź. Piękny list  napisała do tego dzieciaka, do mnie. Mam go do dzisiaj. Dla piętnastolatka z Tarnowa to był szok.

Pewnie, jak dla twoich rodziców, gdy wagary spędzałeś w pociągu do Krakowa jadąc na spektakl!

Byłem sprytny, miałem zwolnienia, wiele lekcji opuszczałem, na pewno nie żałuję. Dzięki temu obejrzałem na przykład „Ślub” Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego w Starym Teatrze. Niewiele zrozumiałem, to był za ciężki kaliber, ale musiał zrobić na mnie ogromne wrażenie, bo w drodze powrotnej, dostałem wysokiej gorączki. Działo się ze mną coś dziwnego.

Emocje, pasja została w tobie do dziś, choć już osiągnąłeś szalenie dużo w życiu zawodowym.

Mam poczucie, że jestem beneficjentem losu. Mam zawodowe szczęście. Nigdy nie zabiegałem o pracę, nie mam takiego temperamentu, nie potrafię. Każdego dnia dziękuję zatem za właściwie pełną wolność zawodową, możliwość robienia rzeczy, które kocham, na poziomie, który sam sobie ustanawiam. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł  robić coś wbrew sobie.

Masz też ogromne szczęście do ludzi! Spotkałeś wspaniałe osobowości. Stanisława Lema, a z Krzysztofem Krauze się nawet przyjaźniłeś! To tylko jedni z tysiąca wyjątkowych postaci, które poznałeś.

Już w czasie studiów filmowych, profesor Lubelski poprosił mnie o zrobienie wywiadu ze Stanisławem Lemem. Pierwsza rozmowa, potem kolejne, w sumie wiele spotkań. Kiedy do kin wchodziło „Solaris” Soderbergha z Clooneyem, pan Lem zażyczył sobie, żebym to ja pisał w polskiej prasie o tym filmie, a jedną z naszych rozmów umieścił na swojej stronie w zakładce „10 najlepszych wywiadów. The best of Lem”.

Takich spotkań los zesłał na mnie dziesiątki.

Na pewno przygodą była także praca w TVP Kultura, wcześniej nie miałem niczego wspólnego z telewizją, ale wygrany w 2005 roku razem z Michałem Chacińskim casting na prowadzących tzw. „dzień filmowy” w nowej stacji, to był początek ważnego doświadczenia. Po latach wróciłem do TVP Kultura jako jeden z ekspertów Tygodnika Kulturalnego.

Jest szansa, że Tygodnik Kulturalny, wróci niebawem online, jako Nowy Tygodnik Kulturalny. Brakuje programów, gdzie prowadzący się słuchają wzajemnie, mimo innych poglądów i kulturalnie rozmawiają.

Poza tym wytworzyła się więź między nami, a widzami, którą mogę określić jako kultową. Nie przypominam sobie w moim życiu medialnym takiego wydarzenia, które by sprawiło, że zawsze, kiedy jestem w teatrze czy koncercie, przynajmniej jedna osoba, podchodzi i dziękuje mi za Tygodnik. Dla wielu ludzi to było okno na kulturę. Prowadziły je osoby, do których widzowie zaufanie: kupowali polecane przez nas płyty czy książki,  dowiadywali się o ciekawych zjawiskach w sztuce. Często, sama rozmowa bywała bardziej interesująca niż wystawa. W Tygodniku występowały niezwykłe osobowości, części z nas już nie ma, na przykład uwielbianego przeze mnie Zdzisława Pietrasika. Cieszę się, że NTK wróci, a ja znowu będę mógł być jednym z komentatorów – „panem od kina”. Z dużą radością będę mówił o nowych filmach. Przekażę programowi, całą swoją pasję i energię, bo to szlachetny program poświęcony sztuce.

Jesteś chodzącą encyklopedią kina!

Jestem szczęśliwy, że mam pracę w której się spełniam,   spotykam niezwykłych ludzi, którzy stają się moimi przyjaciółmi, jak wspomniany Krzysztof Krauze, którego nikt nie zastąpi. Utrata takich osobowości jest bolesna. Całe dorosłe życie przyjaźnię się na przykład z Janem Fryczem, któremu wiele zawdzięczam i jest mi bardzo bliski.

O kinie wiesz wszystko, pora chyba napisać jakiś oskarowy scenariusz…

Trzymam kciuki za Łukasza M. Maciejewskiego (sic!) – świetnego scenarzystę, ostatnio współautora scenariusza serialu Król. Coraz rzadziej jesteśmy myleni, ale wciąż zdarza mi się odbierać gratulacje za jego pracę.  Współczuję tym, którzy myślą, że piszę scenariusze autorstwa Łukasza.

To musi być frustrujące: „Nie dość, że ten Maciejewski jest wszędzie, wszystko prowadzi, to jeszcze te scenariusze”. Niektórym żyłka musi pękać…

Na jakim filmie ty pękasz… w sensie wzruszasz się w czasie oglądania?

U mnie słabo ze łzami. Nie wzruszam się, i wstydzę się tego. Ale co najmniej raz w roku oglądam „Czułe słówka” i zawsze wtedy płaczę. To jest dla mnie test czy jeszcze  potrafię się wzruszyć. Dotychczas zdaję ten egzamin.

Woda sodowa ci nie grozi?

Nie. Nie muszę niczego innym i sobie udowadniać, podbudowywać ego czyimkolwiek kosztem. Nie muszę tego robić, bo jestem spełniony, mnie się po prostu w życiu – odpukać – wiedzie. Nawet teraz, w czasie pandemii, dzieje się dużo i dobrze. Mam mnóstwo propozycji. Jestem absolutnie za to wdzięczny losowi, ale i pełen pokory. Myślę, że ciężko na  tę pozycję i zaufanie wielu osób zapracowałem, ale na pewno nie zamierzam na tym poprzestać. Mam kolejne plany, jestem ambitny, lubię ludzi. Bardzo lubię. To chyba cała tajemnica.

Mam wrażenie, że moje życie nie jest szczególnie wyboiste, może trochę nudne. To wszystko idzie klarownie, prosto, konsekwentnie. Nie ma jakiś zwrotów, skandali czy histerii. Jest normalnie. Wiem kim jestem, jakie mam priorytety, ograniczenia i czego, nigdy nie zrobię. Wiem, co robię dobrze: piszę i mam łatwość mówienia. No, i że jestem zorganizowany i pracowity. Jak się ma taką świadomość, to nie ma się poczucia, że coś bardziej się nam należy.

Zapomniałeś dodać, że jesteś też fajny…

Różnie z tym bywa.

wywiad dla portalu Damosfera/Onet

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s