Po każdej ciemnej nocy następuje dzień

Jak to będzie z tym „z martwych wstaniem”. Straszny bałagan się zrobi. Tu Mieszko I, a obok Marlin Monroe. Może być niezły szok dla niektórych…

Pastor Michał Jabłoński: W zasadzie nikt nie wie, jak to będzie wyglądało. Nie możemy być również pewni, że osoba, która tu na ziemi postrzegana jest przez innych jako kandydat na świętego w niebie, tam w rzeczywistości trafi. Bez wątpienia zmartwychwstanie to sprawa ducha, tak więc to bardziej stan niż miejsce. Zadziwia mnie jednak, że nigdzie w Biblii Starego i Nowego Testamentu nie ma opisów tego, co po śmierci. Wizji prorockich, które opisują stan świata po jego naprawie, nie należy mimo wszystko odczytywać dosłownie. W czterech Ewangeliach są opisane spotkania uczniów ze Zmartwychwstałym Jezusem. Na początku są zaskoczeni, przestraszeni, mniemając, że zobaczyli ducha czy zjawę, ale potem przychodzi pełna zaskoczenia radość.

Tak, to jest niesamowite! Wyobrażam sobie, że gdyby tu, na ziemi – przede mną stanęła jak żywa, zmarła kilkanaście lat temu, moja mama lub babcia, tak jak Jezus stanął pewnego dnia przed uczniami, to po pierwszej chwili zdziwienia i radości – zapytałbym: „Powiedzcie mi, jak tam jest po tej drugiej stronie?”

Dziwne, że uczniowie nie byli tego ciekawi.

Właśnie! Wygląda na to, że nie interesuje ich to. Pytają tylko, co mają robić na tym świecie, jak ma wyglądać ich dalsza misja. Jezus odpowiada, że zostawi im Ducha, który będzie im pomagał, podpowiadał, co mają mówić, jak mają świadczyć swym życiem o Ewangelii.

Skąd człowiek współczesny ma wiedzieć, że to Duch do niego mówi, a nie jego nie zawsze mądre myśli?

Po owocach: złe myśli rodzą złe owoce, dobre myśli – dobre owoce. Wytłumaczę to również na podstawie swojego nawrócenia. Pochodzę z rodziny ewangelickiej, o korzeniach husyckich, czesko-braterskich (mówię też po czesku). W rodzinie było trzech pastorów, w tym jeden biskup Kościoła, w którym jestem obecnie pastorem. Moja babcia, z pochodzenia Czeszka, była siostrą ich trzech, więc dorastałem w zacnym towarzystwie. W wieku lat 15 byłem konfirmowany, czyli przyjęty do Kościoła. Czy byłem wtedy już człowiekiem wierzącym? Nie sądzę. Akt konfirmacji, komunii, czy bierzmowania nie oznacza w sposób automatyczny nawrócenia. To tylko akt społeczny, liturgiczny, kościelny. Musiało minąć kilka lat, żebym nawrócił się, uwierzył. Wiara jest osobistym spotkaniem z Bogiem, a potem życiem z nim. Czasami nawrócenie ma przebieg, jak w przypadku apostoła Pawła, gwałtowny, dostrzegalny i wręcz namacalny. Ale czasami dzieje się to w mniej spektakularny sposób.

Jak więc było w pana przypadku?

W pewnym momencie życia zacząłem zadawać sobie pytania: „Czy to, co robię podobałoby się Jezusowi? Co On by na to powiedział?” Powstała myśl, a potem pragnienie, by od tej pory On stał się „recenzentem” mojego życia – to prawdopodobnie było moje nawrócenie. Potrzeba było na to czasu, nie mogę dokładnie powiedzieć, kiedy to się stało. Na pewno działo się to stopniowo. Kiedy Go pytam, to nie wiem, jakich owoców może się po mnie spodziewać. Wtedy wiem również, że potrzebna jest pomoc Ducha. I najczęściej ją otrzymuję.

Od tego momentu pastor stał się święty…

Dobry żart. Oczywiście, że nie… wciąż zdarza mi się skrzywdzić drugiego człowieka, siebie samego, upadam i podnoszę się.

A jak to jest z Jezusem? Pastor często powtarza słowa o jego ludzkiej naturze: płakał, cierpiał, śmiał się, kochał, jak większość ludzi.

Cała historia wielkanocna, która zaczyna się już od zamiaru pójścia do Jerozolimy, gdy Jezus już wie, co się z nim stanie – jest też naszą historią. Dokądś idziemy, czynimy jakieś plany, a tam dokąd idziemy – spodziewamy się, że zostaniemy dobrze przyjęci. Mądrość, którą chcemy komuś dać – zostanie dobrze przyjęta. Tylko czasem myślimy sobie, mogą nas uznać za głupca, ale wierzymy, że będzie dobrze. Jezus, mimo iż powtarzał kilkakrotnie swoim uczniom, że umrze, to miał nadzieję, że nie będzie tak źle… Przecież on kochał życie, ludzi i świat, sam też był kochany przez tak wielu…

Nie udało się…

Tak, skończył na krzyżu z okrzykiem bólu: „Boże czemuś mnie opuścił!” Gdyby historia Jezusa skończyła się na Wielkim Piątku, to nie byłoby w niej nic optymistycznego i radziłbym o niej szybko zapomnieć. Na etapie Wielkiego Piątku historia ta daje nam do zrozumienia, że człowiek nie ma szans, jak przegrywa, to z kretesem.

Czyli nie jest tak źle?

Na szczęście jest Niedziela Wielkanocna! Z chwilą końca naszego świata, życia, wyobrażeń o naszych domach, związkach, wyobrażeń o Bogu, z chwilą śmierci naszych planów i marzeń, wraz z końcem jednego zaczyna się coś nowego. To jest optymistyczna strona wiary i każdej religii. Jestem przekonany, że każda zakłada, iż z chwilą końca jednego, zawsze jest jakiś początek drugiego.

Dlatego w kościele ewangelicko-reformowanym nie wisi Jezus na krzyżu? Choć sam krzyż jest trochę przytłaczający…

Jest pusty, bo Jezus żyje, zmartwychwstał! Taki ma być, bo przypomina, że zbawienie człowieka nie odbyło się na zasadzie umowy dwóch panów, którzy siedzą w ładnym, klimatyzowanym biurze. Piją dobre whisky i palą dobre cygara. Spisują umowę, że zbawienie ludzi odbędzie się na określonych warunkach. Tak nie było! Odbyło się ono poprzez ból i cierpienie, a o tym, że nie było łatwo, przypominać ma krzyż! Że odbyło się to strasznym kosztem i nie powinniśmy tego lekceważyć. Ale nawet w takim momencie powinniśmy pamiętać, że nie cierpienie Jezusa nas zbawiło, tylko Jego miłość do każdego człowieka i stworzenia. A więc miłość, a nie cierpienie. Niestety, chrześcijanie niektórych wyznań bardziej lubią się biczować i skazywać na cierpienie niż rozwijać w sobie miłość.

Mówi się: Bóg – słońce. Dlaczego ludziom się nie przypomina o tym?

Niektóre kościoły budowane są na osi: wschód-zachód i tam, gdzie jest prezbiterium, czyli na wschodzie, jest umieszczony krzyż. Bardzo często w jego ramiona wpisane jest słońce. Symbolizuje to, że po każdej ciemnej nocy, kiedy człowiek ma straszne sny, koszmary, boi się i czuje się ślepy i bezradny – następuje dzień. Przychodzi świt, słońce i te koszmary znikają. Po każdym upadku, cierpieniu jest nadzieja.

Na zakończenie. Przed świętami prowadzi pastor w sieci rozważania o Dekalogu. W tym roku mija 25 lat od śmierci Kieślowskiego, który też pochylał się nad nim. Kieślowski mawiał: Bóg jest… jeśli się wierzy. Czyli, co… jak się nie wierzy, to Boga nie ma? Co pastor sądzi o takim stwierdzeniu?

Cóż, uważam, że to nie wiara stwarza czy niejako przywołuje Boga, tylko odwrotnie. Zanim my spostrzegliśmy, że rozpoczęliśmy relację z Bogiem, On już dawno rozpoczął ją z nami. Jeśli zaś chodzi o Krzysztofa Kieślowskiego, jego cykl filmów „Dekalog”, to z pewnością nie można traktować i odczytywać ich jako filmy religijne. To prawdziwie humanistyczne, głęboko ludzkie filmy.

A fakt, że zajął się Dekalogiem, tylko potwierdza prawdę, że Dziesięć Przykazań, to zbiór praw uniwersalnych dla każdego człowieka. Jan Kalwin, reformator szwajcarski, napisał, że w sercu każdej istoty żywej tkwi „semen religionis”, czyli ziarno religijności, a więc świadomość, że jest ktoś, coś przekraczające jakiekolwiek rozumienie, a jednocześnie tak blisko, bo w sercu. Każdy film Mistrza tę prawdę ukazywał, potwierdzał i akceptował.

ks. Michał Jabłoński, pastorem Kościoła Ewangelicko-Reformowanego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s