Apetyt na Stany Tomasza Zalewskiego

O dziennikarstwie w PRL-u, życiu korespondenta w Ameryce, współczesnych mediach, piciu kawy w papierowych kubkach  i o legendarnej dzielnicy nowojorskich Afroamerykanów Harlemem opowiada dziennikarz, publicysta i pisarz: Tomasz Zalewski.

Od ponad 30 lat krąży Pan między Polską a Stanami Zjednoczonymi w roli dziennikarza, a obecnie jako korespondent z Waszyngtonu. Stał się pan trochę amerykański? Na pytania o samopoczucie odpowiada: good czy so-so?

Nie stałem się amerykański, bo nie zapuściłem tutaj korzeni. Uważam się za polskiego dziennikarza pracującego dla polskiej prasy. Nadal, kiedy Amerykanin pyta mnie: Ho w are you? zawsze mnie to dziwi, więc czasem odpowiadam: nie bardzo się mam, co wywołuje zaskoczenie, przez co muszę się tłumaczyć. W Polsce mamy przechył w drugą stronę. Tradycją jest narzekanie na wszystko nawet jak nasza kondycja jest niezła. Wypada narzekać. Szczególnie jest to widoczne na wsi.

Pan na nic nie narzekał, tylko wyjechał do Stanów w 1987 roku, by robić swoje w wolnej rzeczywistości i realizując amerykański sen. W tym jest pan chyba amerykański?

Mam pracę, która mnie fascynuje i pasjonuje. Wykonuję ją nie z konieczności, ale z wyboru.

W Polsce, kiedy wybuchł stan wojennym pisał pan do niszowych tytułów, i utrzymywał się z nauki angielskiego i pracy ankietera.

Nie było w tym nic nadzwyczajnego, to tylko przypadek historyczny. Większość dziennikarzy, w każdym razie tych, których znałem, zachowała się przyzwoicie, porzuciła zawód, by nie przyłączać się do propagandy stanu wojennego. To wszystko jest kwestią środowiska, z którego się wywodzimy. Tak było w moim przypadku. Jeszcze przed stanem wojennym pracowałem w tygodniku „Literatura” i byłem pod wpływem kolegów: wielkich piór m.in. Małgorzaty Szejnert, z którą też napisałem książkę o narodzinach robotniczej rewolty w Szczecinie.

Pana niespokojny duch nie zasypiał…

Wpływ na mnie mieli wspomniani koledzy z „Literatury”, którzy byli w cichej opozycji i chcieli pisać swobodnie wobec reżimu, ale niewiele mogli zrobić…

Dlatego powoli zaczęliście wyjeżdżać do Nowego Jorku?

Do Stanów ściągnęła mnie Małgorzata Szejnert, która była pierwszą dziennikarką zwerbowaną przez redaktora naczelnego nowojorskiego „Nowego Dziennika”.

Łatwo było wyjechać?

Wszyscy wyjeżdżaliśmy na stypendia i wizy turystyczne, a nie do pracy. I tak trafiłem do gazety-instytucji, jaką była redakcja „Nowego Dziennika”. Była łącznikiem emigracji z krajem. Kiedy się w Polsce zmienił ustrój, większość prominentów nowej Polski nas odwiedzała (Lech Wałęsa, Bronisław Geremek, Adam Michnik i inni). Wymienialiśmy opinie o sytuacji w kraju i na świecie. To było fascynujące w tej pracy…

A nie to, że to Nowy Jork?

Zacznijmy od tego, że praca tam, to był kierat od godziny 9.00 do wieczora. Gazeta była skierowana do Polaków w USA, którzy słabo znali angielski, dlatego byli skazani na jej czytanie. To były czasy przed komputerowe. Pisaliśmy teksty na maszynach, które terkotały. Rano powstawały wiadomości na podstawie depeszy z Reutera, a po popołudniu trzeba było wyprodukować historyjki obyczajowe, które czytelnicy najbardziej lubili czytać.

Inny świat niż w Polsce…

Byłem wychowany w redakcji „Literatury”, gdzie panowała zupełnie inna atmosfera. Autorzy przynosili swoje teksty, rozmawialiśmy, piliśmy kawę w kawiarni naprzeciwko. Tam się deliberowało na tematy zbawienia ludzkości czy zmiany systemu. W Ameryce kupowałem kawę w papierowym kubku i pędziłem do maszyny. Tam się nie traciło czasu na rozważania, tylko trzeba było ciężko pracować.

Płacili dobrze?

Wtedy przelicznik dolara był znakomity, co nie zmienia faktu, że nas tam eksploatowano maksymalnie.

Po kilku latach pobytu zaczął pan pracować dla PAP-u, a potem jako korespondent dla tygodnika.

To były lata 90. Jako pełnoetatowy korespondent PAP miałem mieszkanie służbowe i samochód, ale to minione czasy. Obecnie, redakcje na całym świecie likwidują biura swoich korespondentów zagranicznych, bo jest to szalenie kosztowne. Zmiany zaczęły się na dobre, kiedy ceny nieruchomości poszły w górę. Jestem obecnie tylko współpracownikiem tych wspomnianych mediów, płaconym od tekstów.

Dziennikarz to zawód wymierający?

Tak będzie, jeśli potwierdzą i utrzymają się aktualne trendy. Nie tylko dlatego, że spada sprzedaż gazet drukowanych na całym świecie. Chociaż, co, ciekawe w czasie kadencji Donalda Trumpa wzrosła sprzedaż „Washington Post” , ponieważ dużo się działo.

Młode pokolenie czyta newsy w internecie.

Coraz więcej młodych ludzi czerpie swoją wiedzę o świecie z sieci społecznościowych, takich jak Facebook, gdzie preferowane są treści sensacyjne. Dobrze się czytają manifesty ekstremistów wzywające do przemocy i rewolucji. Przerażające jest, że są to treści, za które autorzy nie biorą odpowiedzialności. Dziennikarze tradycyjni jednak biorą odpowiedzialność za to, co napiszą.

Ludzie czytają to, co potwierdza ich poglądy.

Wynika to z rosnącej polaryzacji. Taki podział światopoglądów jest na całym świecie. Ma to wpływ na treści w mediach.

Dziennikarze zaczynają pisać książki. Pan od lat pisze, całkiem niedawno napisał pan o Harlemie.

Mam niedosyt poznania tej dzielnicy. Kiedyś Harlem był kolebką afroamerykańskiej kultury, teraz coraz mniej mieszka tam czarnych mieszkańców. Z tymi, którzy zostali chciałem nawiązać kontakt, ale oni są bardzo nieufni, a jak się już udało do nich dotrzeć, czasem trudno było ich zrozumieć. Mówią slangiem, więc umykają niuanse. Harlem jest obecnie takim trochę skansenem, dzielnicą, która się upiększa, a ceny nieruchomości idą w górę. Mieszkają tam głównie biali. Gwiazdy jazzu, pisarze czy poeci, którzy tam kiedyś mieszkali, gdy się dorobili, wyprowadzili się.

Za co pan lubi Amerykę?

Za przestrzeń do życia – w sensie geograficznym i głębszym. To ciągle jest miejsce, gdzie każdy może sobie ułożyć życie. Lubię jeździć samochodem po amerykańskich autostradach wkomponowanych w lasy, wzgórza, drzewa, które chronią od zanieczyszczenia środowiska spalinami. To zupełnie coś innego niż w Polsce, gdzie drogi są obudowane ekranami, a jadąc nimi, często nic nie widać. Stany są też świetnym miejscem, gdzie można uprawiać sporty: korty tenisowe darmowe są prawie wszędzie, a ja uwielbiam grać w tenisa. Dlatego Amerykanie są wysportowani…

A nie otyli?

Mam swoją teorię na ten temat. W młodości uprawiają sporty, więc sporo jedzą. Potem z przyzwyczajenia, nadal jedzą, ale siedzą głównie przed telewizorem, a wszędzie jeżdżą samochodami i takie są efekty…

Tomasz Zalewski – dziennikarz i publicysta, wieloletni korespondent PAP i „Polityki” w Waszyngtonie. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 1973-1982 pracował w tygodniku „Literatura”. W stanie wojennym niezweryfikowany na własne życzenie, pisał do niszowych tytułów, utrzymywał się też z nauki angielskiego i pracy ankietera. W 1985 r. otrzymał wraz z Małgorzatą Szejnert nagrodę „Solidarności” za książkę Szczecin: Grudzień – Sierpień – Grudzień o narodzinach robotniczej rewolty w Szczecinie w latach 1970-1981. W 1987 r. wyjechał do USA, gdzie mieszkał przez ponad dwadzieścia lat. Publikował m.in. w nowojorskim „Nowym Dzienniku” i „Polityce”. Autor książek Inne Stany. Czym różnią się od nas Amerykanie (2011), Harlem (2014).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s