Tworzył torty w kształcie śledzia, czyli o twórcy wielkiego lodowego interesu

Stanisław Kowalski, kierownik pracowni cukierniczej w latach 50 w elitarnym w PRL-u Hotelu Bristol. To właśnie wtedy rozpoczyna się historia rodu cukierników kojarzonych dziś w całej Polsce z produkcją lodów…

Pan Stanisław dość szybko wszedł w dorosłość. Pochodził z niezbyt zamożnej rodziny, a na dodatek szybko umarł mu tato, dlatego mama zarządziła, żeby mały Staś zaczął terminować u krawca. Zdolny był bardzo, więc przez całe życie, jak się komuś urwał guzik do płaszcza, zaraz pędził do pana Stanisława, który potrafił przyszyć go znakomicie. Szycie jednak nie było tym, do czego biło mu serce.

Wszystko zaczyna się od lodów poziomkowych

Pewnego dnia odwiedził zakład cukierniczy, w którym pracował mąż jego siostry i… porzucił praktyki u krawca, by zacząć praktykować w słynnej warszawskiej cukierni Romana Pomianowskiego (do dziś istnieje na rynku i ma swoją malutką siedzibę na warszawskim Żoliborzu). Kowalski już wiedział, że chce robić tylko słodkości. Po wojnie wrócił do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie się urodził i założył sławną na całe miasto cukiernię, w której sprzedawał produkowane przez siebie… lody poziomkowe. Po nie i po ciastka ustawiały się kolejki. Cukiernia stała się sławna na całe miasto, a jej popularność dotarła do Warszawy!

– Tata dostał dwie propozycje pracy w Warszawie – wspomina Elżbieta Grycan, córka pana Stanisława – jedna to była praca na Batorym, a druga – kierownictwo pracowni cukierniczej w hotelu Bristol.

Wybrał drugą propozycję. Z rodziną przeprowadził się do stolicy, gdzie zamieszkali w pracowni Kossaka. Córka wspomina, że była piękna, ale mieszkać się w niej nie dało, by sufity były szklane. Na szczęście po 2 latach przenieśli się do mieszkania na Żoliborzu.

Z dzieciństwa córka pamięta smak ciasteczek Muchomorków, które tata przynosił jej z pracy. Zresztą w PRL-u jego wyroby cukiernicze były słynne nie tylko w Warszawie. Dzięki temu, że pracował w Bristolu, a on należał do Orbisu, pan Stanisław mógł wyjeżdżać na międzynarodowe wystawy cukiernicze, gdzie prezentował swoje słodkości.

Bocianie gniazda i tortowe ryby

Na wystawie w Wielkiej Brytanii zdobył dwa złote medale za zrobienie z sękacza drzewa, na którym umieścił jeszcze bocianie gniazdo! Pan Stanisław lubił też eksperymentować. Jako pierwszy dodawał do lodów kawałki czekolady i bakalie. Jego hitem, na który czekało się cały rok… był… 3 metrowy tort w kształcie śledzia! Podawano go w czasie Balu Ostatkowego o godzinie dwunastej, gdy kończył się karnawał.

Sława to są przydziały na masło, marcepany

Pracownia cukiernicza prowadzona przez Kowalskiego cieszyła się wielką popularnością. Słodycze i desery zamawiali w niej  partyjni urządnicy np. na bankiety dla gości Urzędu Rady Ministrów, znajdującego się w dzisiejszym Pałacu Prezydenckim. Być może dzięki temu nie brakowało im surowców do słodkiej produkcji: masła, marcepanów, orzechów czy ananasów puszcze, które w Polsce Ludowej były dobrami luksusowymi.

Pani Elżbieta, córka zapamiętała, że tata robił rano w pracy maleńkie bułeczki, rogaliki, solanki na śniadanie, które serwował gościom. Często w domu też przygotowywał pyszne rzeczy, na które napatrzył się w pracy i podczas zagranicznych wyjazdów. Robił np. maleńkie tartinki z kawiorem, łososiem czy ziemniaki dauphine (najpierw robi się puree, potem miesza z ciastem parzonym i kładzie łyżką na gorący olej).

Lato w Grand Hotelu

Kiedy za oknem robiło się lato pan Stanisław zabierała swoją rodzinę do Sopotu, gdzie w Grand Hotelu kierował pracownią cukierniczą. Tak tworzył oryginalne desery lodowe, które ozdabiał okrągłymi kocimi ciasteczkami i delikatnymi jak piórko kluczykami wiolinowymi upieczonymi z parzonego ciasta.

Wyjazd do USA i własna działalność

Na początku lat 60. Kowalski pracował przez rok w Stanach Zjednoczonych, gdzie szkolił polonijnych cukierników. Po rocznym pobycie, wraca do Polski, by otworzyć własną lodziarnię. Kultową w PRL kawiarnię Marzenie w pawilonach przy ulicy Marchlewskiego (obecnie Jana Pawła II). Córka, Elżbieta pamięta, że miała 12 lat, gdy zaczęła pracować w kawiarni ojca, gdzie pozwalano jej tylko zbierać talerzyki ze stolików i zmywać łyżeczki. Po latach to właśnie ona stała się kontynuatorką rodzinnego rzemiosła. Dzięki rodzinnej tradycji poznała swojego przyszłego męża, który był uczniem pana Stanisława. Nie tylko on, bo Kowalski był nauczycielem kolejnych pokoleń cukierników.

Pisząc tekst korzystałam m.in. z książki „Hotel Bristol, na rogu historii i codzienności”, F. Toepliz-Cieślak, I. Żukowskiej, wyd. Arkady.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s