„Synowie szukają informacji, kiedy skończy się wojna”

Irena pochodzi z zachodniej części Ukrainy. Kiedy miesiąc temu wybuchła wojna – sprowadziła do Polski synów. Opowiada o ich edukacji, stresie spowodowanym pobytem w obcym kraju i przygotowanych walizkach jej bliskich, którzy żyją w ciągłym napięciu…

Rosjanie rzucają rakiety na miasta i cywilów.

IRENA: Mieszkańcy ukraińskich miasta, nigdy nie wiedzą czy one akurat do nich nie dolecą. Jak zaczęły się bombardowania, balibyśmy się czy uda się synom dotrzeć do granicy, byśmy mogli ich zabrać do Polski.

Rodziców się nie udało?

Nie. Jest trochę strasznie, bo tata nie ma ukończonych 60 lat i boję się, żeby nie zabrali go do wojska. Mama jest lekarką, więc też nie może wyjechać.

Dobrze, że synowie już są z wami!

Sasza ma 13 lat, a Witek 11 lat. Pojechaliśmy po nich do granicy samochodem. Granicę przejechałam busem i czekałam na nich. Mój brat dostarczył mi synów. Zajęło nam to całą noc.

Jak się mają chłopcy?

Są bardzo smutni, że musieli opuścić swój dom, bo nie rozumieją dlaczego. Do wojny są przyzwyczajeni od małego, bo ciągle się mówiło o tej, która trwa od 2014 roku. Toczyła się na Ukrainie przez prawie osiem lat, a my staraliśmy się normalnie żyć – budowaliśmy domu, robiliśmy remonty. Wojna nas nie zaczepiała. Ale to było gdzieś daleko od nas, więc nie było niebezpieczeństwa (Irena mieszkała 500 km od Kijowa, w zachodniej części Ukrainy). Teraz jest inaczej. Wczoraj rakiety latały coraz bliżej naszej okolicy. Na początku im mówiliśmy, że pobyt w Polsce potrwa tydzień, dwa, ale teraz po miesiącu już bardzo chcą wrócić do domu. Póki co jest to nie możliwe.

Za miesiąc Wielkanoc…

Ciągle o tym mówią, że chcą wrócić do domu na święta. Co niedziela robimy im wypady, by poprawić nastroje, a to do ZOO, a to do parku trampolin. Jest dobrze, ale wracają do mieszkania i zaczynają mówić, że może pojadą już do domu.

Chodzą do polskiej szkoły?

Uczą się zdalnie. Łączą się ze swoimi nauczycielami z Ukrainy, którzy prowadzą zajęcia ze swoich domów. Dzięki temu mają kontakt z kolegami z klasy. Na Ukrainie szkoły i przedszkola w miastach, gdzie jest w miarę bezpiecznie są zamienione w pomieszczenia dla osób, które musiały opuścić swoje domy.

W Polsce jest dużo mieszkańców wschodniej i zachodniej Ukrainy. I chyba wschód jest bogatszy…

Wschodnia część Ukrainny jest inna od tej, naszej zachodniej. Jesteśmy też w szoku, bo niektórzy stamtąd poprzyjeżdżali do Polski takimi samochodami, że nawet tu takich nie ma. Widzimy je często, kiedy jeździmy do Cerkwi.

Mają też wymagania.

Tak, chcą mieć wszystko, tak jak mieli na Ukrainie. Słyszałam, że jak przyjeżdżają to mają wymagania, nawet lokalowe. Ale są też tacy i jest ich większość, że dziękują za to, co jest, byle mieli się, gdzie przespać. To tak bywa z ludźmi wszędzie. Jesteśmy różni.

W Polsce jest podobnie. Już niektórzy boją się co będzie dalej…

Większość Ukraińców, tak jak moi synowie, myśli, że będą w Polsce tylko przez chwilę – miesiąc. Potem chcą wracać do siebie, do DOMU.

Jak się czujesz, niczego nie potrzebujesz?

Jest dobrze. Szefowa pomogła nam znaleźć mieszkanie. Trochę dokłada nam do czynszu. Wszyscy w miejscu, gdzie pracuję pytają: co potrzebujemy i od razu mam mówić, jakby co. Ja akurat nic nie potrzebuję, bo mam wypłatę co miesiąc i mogę sobie kupić to, co nam potrzeba. Ale jest mnóstwo ludzi, którzy przyjechali w jednej kurtce i jednych spodniach…

Śledzisz wiadomości z Ukrainy?

Tak, cały czas. Teraz w telewizji leci na wszystkich kanałach ten sam program. Oglądam w telefonie. Wychodzę z domu z domu z słuchawką w uchu. Dziś słyszałam, że w  Mariupolu nie ma już domu, który nie byłby zniszczony. Nie ma już takiego miejsca, jak było. Mariupol to miasto ruin.

To strasznie smutne. Jak Warszawa po Powstaniu Warszawskim. Zero życia… Kiedy to się skończy?

Nie wiem. Dla moich synów przyjazd do Polski to duży stres. Zostali wyrwani ze swojego otoczenia. W internecie szukają ciągle informacji, wypowiedzi, fragmentów wywiadów: kiedy wojna się skończy…

Reszta twojej rodziny na razie nie przyjeżdża do Polski?

Jak wspomniałam rodzice nie mogą, a siostra z dzieckiem, której mąż też pracuje w Polsce – siedzą na walizkach. Kiedy rakiety będą spadać coraz bliżej jej domu – będą się ewakuować.

Przypomniała mi się, jak to mówisz, taka historia, którą opowiadała mi Akowiec: Lidia Wyleżyska (ps. Zora), że po zakończeniu wojny, musiała mieć przy sobie ubranie przygotowane, jakby przyszło do ucieczki… To było z nią przez całe życie.

 To tak, jak jest teraz u nas… Kto ma możliwość wyjechać, to to robi. Jak nie… w walizce wszystko ma przygotowane. I czeka…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: