„Z Wilhelmim zagrałbym nawet taboret, na którym by siadał”

Roman Wilhelmi/Marcin Rychcik

Zagrał ponad 170 ról, był najbardziej rozpoznawalnym aktorem w Polsce w czasach PRL-u, a jednak nie doceniał siebie. Miał opinię twardziela, który rozgniata partnerów na scenie. Prywatnie nie był łatwym człowiekiem. Jednak od lat ma mocną pozycję w sercach widzów. O fascynacji aktorem mówi autor jego biografii Marcin Rychcik, muzyk i aktor.

Od serialu „Kariera Nikodema Dyzmy”, w którym zagrał rolę tytułową, zacząłeś się interesować Romanem Wilhelmi?

Koledzy z zespołów, w których grałem przerzucali się cytatami i gestami-sposobem mówienia z Dyzmy.  Typową odzywką aktora było „No!” z podniesionym palcem do góry, którą wszyscy naśladowali. Górą był ten, kto najlepiej potrafił naśladować Wilhelmiego (śmiech). Dla mnie był wówczas Olgierdem z  „Czterech pancernych i psa”, czyli postacią papierową, najwyżej sympatyczną.Przypomniałem sobie jednak postać, którą Roman Wilhelmi kreował w Teatrze Telewizji, mianowicie Alfa w „Lękach porannych”, Grochowiaka.  To było dla mnie olśnienie, bo prawie nic nie grał, a kamerę miał przed nosem przez cały spektakl. Ta postać nie miała w sobie nic z Dyzmy czy Anioła. Wilhelmi powściągnął emocje, nic nie pokazywał, ale wierzyło się, że ten człowiek przeżywa prawdziwy dramat. Wtedy Wilhelmi zaczął mnie interesować. Kim jest ten człowiek, który potrafi się w tak wspaniały sposób przekraczać, zmieniać skórę. To był znakomity majster. Mówiono, że Wilhelmi nie miał tej umiejętności, ale to nieprawda. Uważali, że tak dobrze zagrał Dyzmę czy Anioła, bo te postacie były mu bliskie charakterologicznie.

Były?

Nigdy go nie spotkałem, choć podobno każdy, choć raz zamienił z nim słowo lub przez moment widział, choćby przebiegającego przez ulicę z zarzucanym niedbale, czerwonym szalikiem, mocno trzymającego papierosa między palcami i zaciągającego się, aż po same jądra – jak powiedział Marek Kondrat w książce. Po prostu ulepiłem jego postać  i próbowałem uchwycić koleje jego słodko-gorzkiej kariery aktorskiej z  opowieści innych.

Jego syn, Rafał w książce mówił, że ojciec był drętwy w scenach miłosnych.

Rzeczywiście,  w scenach czułości, gdy całuje, na przykład swoją Ninuś w Dyzmie czy w  „Jesienią o szczęściu”, Stanisława Jędryki wypada dość sztywno. Być może to kwestia mieszczańskiej obyczajowości. Zresztą nie wiem, przecież w życiu osobistym na tym polu odnosił sukcesy. Może nawet spektakularne.

Roman Wilhelmi miał niepełnosprawną rękę. Na ekranie nic nie widać…

W młodości miał wypadek na rowerze, to było nieszczęśliwe zderzenie z samochodem. Opowiadał o tym jego brat, Adam. Długo nie mógł wyprostować ramienia, wewnątrz miał wmontowaną metalową sztabę. Później perfekcyjnie operował chorą ręką, dla niepoznaki ogrywał ją na wiele sposobów. Można to było zaobserwować w sposobie chodzenia i podczas wykonywania niektórych gestów –  szczególnie kiedy grał Dyzmę. W filmie nie podnosił lewej ręki do góry.

Przez lata zmienił się twój odbiór aktora?

Kiedy pisałem byłem pod wpływem jego osobowości. Przez te lata  rozmawiałem nie tylko z jego przyjaciółmi, aktorami i reżyserami, którzy go wspominali wręcz z rozrzewnieniem. Istnieją także głosy zgoła odmienne, które raczej nigdy nie wypłyną na forum publiczne. Nikt nie chce kalać pamięci świetnego aktora. Tym bardziej,  że w Polsce raczej nie mówimy źle o nieobecnych, prawda? Początkowo ten pełen uroku chłopak zjednywał sobie ludzie swoją autentyczną energią.  Miał dar. Po niepowodzeniach życiowych, ale też zawodowych –  znamy tylko jego aktorskie wzloty – w przyśpieszonym tempie gorzkniał.

Jak to? Stawał się coraz popularniejszy…

Byłby zaskoczony kultem, jakim się teraz otacza grane przez niego  postacie. Do końca życia był pełen niewiary w swój sukces. Był krytyczny wobec siebie, pełen lęków i obsesji. Unikał wywiadów, twierdząc, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia.

– Nigdy nie byłem aktorem łatwym. Nigdy mnie recenzenci specjalnie nie lubili. Mam coś kontrowersyjnego w sobie, coś niegładkiego, nie to, co się podoba. Zawsze byłem trudny w odbiorze – mówił Roman Wilhelmi w 1979 roku w jednym z nielicznych wywiadów, które udzielił dla Polskiego Radia.

Grał w kiepskich filmach?

Nie, czasem w świetnych: „Zaklęte rewiry”, „Dzieje grzechu, „Ćma”, ale nie zawsze miał przy sobie dobrego reżysera. Z wiekiem miał coraz mocniejszą pozycję, więc dominował reżysera i całą ekipę. Szarżował, zagrywał się, grepsował i… magia znikała. W teatrze zdarzało mu się grać na ostrej bani, no a tam już nie można powtórzyć ujęcia, jak w filmie.

Ludzie z branży go nie lubili…

Kochał błyszczeć,  zarówno w kinie, jak i teatrze przesłaniał sobą innych aktorów – nieustannie z nimi konkurował. Nawet jak grał małe role, to chciał, żeby jego postać wybiła się przed pierwszoplanową. Ustawiał ujęcia, żeby dobrze wypaść i jego postać była widoczna, by widz jego właśnie zapamiętał. Był typem aktora egoisty, dla którego kreacja ważniejsza była niż przesłanie filmu, ale było w tym coś czystego, dziecięcego, jak podczas zabawy na podwórku.

Chciałbyś z nim zagrać?

Gdyby żył miałby dziś miejsce na naszym Olimpie. Tam, gdzie jest Janusz Gajos i jeszcze kilkoro aktorów. Czy chciałbym z nim zagrać? Zagrałem kiedyś sekretarza Gajosa w „Klerze” Wojtka Smarzowskiego, fajnie było! Z Wilhelmim zagrałbym nawet taboret, na którym by siadał.   

Był mistrzem na scenie, a w życiu?

Bywał potworem. Jeśli na scenie to świetnie, ale w życiu prywatnym był zaprzeczeniem mistrzostwa. Swoją najważniejszą rolę w życiu położył, bo nie interesował go los syna.  

Kazimierz Kutz mówił, że Roman Wilhelmi nie miał kodu kulturowego i dlatego nie kalkulował. Walił prosto z mostu…

To prawda, że był pozbawiony pewnych kulturowych formuł, był organiczny i zupełnie spontaniczny. Swojej biologii często użyczał  postaciom nietkniętym specjalnym intelektualizmem. Taki był jego Anioł w Alternatywach. Wielokrotnie mu zarzucano, że nie czyta książek. Być może nie był molem książkowym, ale nad rolą pracował szaleńczo, zamykając się w domu i ucząc się nagranych na magnetofon wskazówek reżyserów.

Może wpisywał się w modne w PRL-u powiedzenie Aleksandra Bardiniego, że aktor jest do grania, jak d… do wiadomo czego.

Za to zawsze domagał się rzetelnej rozmowy z reżyserem o tym, jak budować postać. Potrafił w tej sprawie dzwonić w środku nocy. Był zwierzęciem scenicznym, wierzył swojej intuicji, w tym był genialny.

Napiszesz sztukę o Romanie Wilhelmim?

Nie myślałem o tym, ale kto wie. Tylko spójrzmy prawdzie w oczy, kto mógłby zagrać taką postać.  

Marcin Rychcik,  (ur. 1973) – muzyk i aktor. Przez lata związany z teatrem Rampa rolą rockmana, Jima Morrisona w musicalu Jeździec burzy w reż. A. Jakubika. Na dużym ekranie zadebiutował rolą w filmie Kler w reż. W. Smarzowskiego. Autor książek: „Roman Wilhelmi. Biografia”, 2015 oraz  „Kręcone siekierą. 9 seansów Smarzowskiego”,  2019.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: