Halina Chrobak: Smerfetką zostanę do końca życia

Słucha się jej jak bajki – w końcu miliony dzieciaków w PRL- u nasiąknęły  głosem Smerfetki z kultowej dobranocki. O pożarze w ukochanym teatrze, braku pracy w zawodzie, byciu sekretarką i komplikowaniu sobie życia – opowiada aktorka Halina Chrobak. 

Spotykamy się w niszowym Teatrze Druga Strefa, z którym jest związana od ponad 20 lat.  Siadamy przy stoliczku, a tu nagle… z torby pani Haliny wylatują… papierosy.

O nie! Pani pali? Smerfetka nigdy by tego nie zrobiła. No, ale dobra dubbingowała pani też inną kultową osobowość:  Xenię siostrę Arabelli, która popalała, więc jakoś da się to przełknąć.

No palę… (długa pauza), ale staram się ograniczać. Czasem robię miesięczne przerwy, ale potem coś mnie kusi i znów wracam do nałogu.

Jak wspomina Pani czasy Smerfetki? To była chyba ogromna sława. Dobranocka była hitem lat 90. oglądanym przez dzieci i… dorosłych.

…, którzy w żartach nazywali smerfami policjantów. Kultowe były też powiedzonka ze smerfów. To był piękny czas w moim życiu. Nagrywaliśmy dialogi jeszcze na starym sprzęcie i w dawnym stylu… Przy mikrofonie  stało 10 smerfów, a przed nami na ekranie pojawiały się postacie. Często powtarzaliśmy, bo kogoś, coś rozśmieszyło i trzeba było zaczynać od nowa. Wszyscy staliśmy obok siebie i blisko sitka, czyli wspomnianego mikrofonu. Skupieni, bo trzeba było się zmieścić w „kłapach” otwieranych przez smerfów buzi. Uwielbiałam tą pracę! Im było nas więcej w studio, tym weselej. Teraz aktorzy nagrywają dubbing zamknięci w kabinach, a głos kolegów słyszą z nagrań. 

Mnóstwo było odcinków Smerfów!

Trochę trwała emisja. Śmialiśmy się, że będziemy grać do emerytury, co nas bardzo cieszyło. Po kilku latach od pierwszych nagrań, telewizja zgubiła taśmy i musieliśmy nagrywać ponownie niektóre odcinki od początku Do dziś mój głos jest rozpoznawalny w miejscach publicznych, a smerfetką zostanę chyba do końca życia.

Inną kultową postacią dla dzieci w PRL-u była Ksenia w serialu Arabella, która też mówiła pani głosem.

To był kochany serial, w którym reżyserka, Maria Piotrowska osadziła mnie w roli złej… siostry głównej bohaterki. Zupełnie inna postać niż smerfetka, fajne wyzwanie aktorskie.

Jest Pani od lat na scenicznych deskach. Grała u największych reżyserów teatralnych. Byli tacy, jak teraz się mówi: którzy zszargali psychikę? Jak było w czasie studiów?

Nie mam złych wspomnień z tamtego okresu. Nikt z kolegów czy reżyserów nie zachowywał się nieelegancko. Aktorstwo to trudny zawód. Nie każdy jest gotowy i otwarty na ciężkie emocje. Nauka w szkole polegała na otwarciu kandydata do wykonywania zawodu. Kończyłam krakowską szkołę teatralną, z której nie wychodziły klony mistrzów, ale profesorowie w mądry sposób starali się nas otworzyć. Uruchomić wyobraźnię, by zrozumieć sytuację, którą mamy grać. Nie uczyli nas płakać dla płaczu, ale poznawać powód, dlaczego tak się czujemy. Uzyskiwali to serią ćwiczeń. Nie było niszczenia czy katowania studentów.  

Bardzo dobrze współpracowało mi się z panem Ludwikiem Rene. Wydaje się dziś, że to klasyk z odległych lat, który wprowadził do teatru zachodnią literaturę w latach 50-60. Tak było, ale w latach 80. reżyserował w Teatrze Rozmaitości, w którym byłam na etacie – „Warszawiankę”, Stanisława Wyspiańskiego. To bardzo ważny dla mnie spektakl. Zagrałam w nim Marię, narzeczoną chłopaka, który musi iść walczyć na front. To postać, którą chciałam zagrać  będąc w szkole średniej. Marzyłam o niej! Zresztą miałam hopla na punkcie Wyspiańskiego. Fascynowała mnie jego  twórczość. Znałam wszystkie jego sztuki. Ale wracając do Marii… jej rolą chciałam wyrazić swój bunt przeciwko złu! Sprzeciw przeciw wojnie i wysyłaniu ludzi na śmierć. Temat zresztą bardzo dziś aktualny…

Wspomniany Teatr Rozmaitości spalił się w latach 90. Straciła pani pracę…

To okropne przeżycie… Przyszłam do teatru wcześnie rano na próbę, zresztą, zwykle tak robię. Zostawiłam swoje rzeczy i wyszłam  po bułkę na śniadanie. Wracając zobaczyłam dym. Nie mogłam nawet wejść po swoje rzeczy, bo teatr już płoną. To były czasy bez internetu, więc informacji było mało. Nie wiem, do dziś z jakiego powodu spłonął. To była dramatyczna sytuacja dla nas aktorów. Zostałam na lodzie. Szukałam pracy przez wiele lat. Imałam się różnych zawodów: byłam sekretarką w wielu miejscach. Musiałam płynąć  falą, bo co? Miałam iść żebrać? To było bardzo trudne…

Inne to było czasy. Zero seriali i innych możliwości zarobkowych dla aktorów.

Dyrektorzy teatrów zatrudniali głównie gwiazdy. Na szczęście cały czas miałam nagrania w dubbingach. Zajmowałam się tym po pracy i dzięki temu funkcjonowałam.

W filmie dokumentalnym „Jaśniejsze barwy” o pani, którzy widzowie będą mogli obejrzeć w Teatrze 2 Strefa już 5 grudnia, mówi pani, że mimo doświadczenia wciąż nogi się trzęsą przed wyjściem na scenę.

Z każdym rokiem jest coraz trudniej, bo człowiek zdaje sobie sprawę, że chciałby jak najlepiej zagrać. Aktorstwo to zawód, w którym człowiek uczy się przez całe życie. Ciągle szukam.

Aktorzy nie grają sprawdzonymi metodami, które widzowie lubią?

(śmiech!) Ja w to nie wierzę. Nie jest tak, że aktor wychodzi na scenę, bo i tak wszyscy go kochają. Musi się napracować, żeby widzowie uwierzyli w graną przez niego postać. 

Widząc panią w roli Joan Crawford na scenie, czuć było, że jej emocje trochę panią kosztują…

Bo się nie gra, choć się gra… za literkami zapianymi w scenariuszu, idą emocje. Za każdym razem daję z siebie wszystko. Czasem stać mnie na więcej lub mniej. Wszystko zależy od  kondycji psychicznej, w jakiej jestem danego dnia. Z roli musi wynikać prawda. Staram się tak grać, by widz  uwierzył, że postać się żyje, cieszy czy cierpi.

Męczące…

 (śmiech). A myśli pani, że praca w sekretariacie nie była męcząca?

Tam się głównie przenosi papiery z jednej strony biurka na drugą…

Jak się ma z ludźmi odczynienia, to zawsze są emocje, bo ludzie są różni.

Jak wygląda reset po spektaklu?

Adrenalina starcza na powrót do domu. Potem zanurzam się w wannie i puszcza.

Co jest takiego w aktorstwie, że chce się, aż tak męczyć?

Marzenie, że widz zapamięta jakiś fragment, dzięki czemu uniknie czegoś przykrego w swoim życiu. Na scenie testuję na sobie emocje i sytuacje. Dla mnie jest to piękny zawód: służy ludziom, pokazuje problemy z innej perspektywy, chcemy ich wzruszać i śmieszyć. To jest wspaniały moment; kiedy jestem na scenie i kiedy z niej schodzę, jestem zupełnie innym człowiekiem i marzę, żeby znowu na niej stanąć. Stojąc na scenie nie widzę twarzy widzów, ale czuję ich emocje, odbiór. Jak coś nie działa, staram się podkręcić emocje, by dotrzeć do nich. Co mam pani powiedzieć. Po prostu lubię swoją pracę!

We wspomnianym spektaklu poza niesamowitym przekazem emocji, można podziwiać pani figurę. Zazdroszczę… Zdradzi pani sekret? Gimnastyka?

Praca, praca, praca! Oczywiście każdy z nas ma swoje przeżycia, które pozostawiają ślad i odbijają się na wyglądzie. Jeśli chodzi o ćwiczenia, to biorę się za nie, kiedy coś zaczyna mnie boleć. Jak mnie nie boli to sprzątanie, mycie okien czy podłóg jest wystarczająca gimnastyką. A jem tylko wtedy, kiedy jestem głodna.  

Nie zamarzyła się nigdy kariera za oceanem?

Nie. Grałam z zagranicznymi aktorami, ekipą. To jest zupełnie inna praca. Nie powiem – niesamowicie profesjonalna, ale po zakończeniu zdjęć, wszystko się kończy, zamyka. A ja się przywiązuję do ludzi, miejsc…

Mówiła pani: że warto nie komplikować sobie życia. Jak to wygląda w praktyce?

Staram się  nie zawsze mi to wychodzi. Pracując nad rolą rozmyślam  a dla czego tak a nie inaczej chodzę myślami dookoła tego, co podpowiedziała mi już intuicja na początku. Przez to komplikuję sobie życie. Inaczej nie umiem, muszę zrobić kółko, przemyśleć, bo inaczej czuję się niepewnie.

Przed panią nowe wyzwania. Rola Anioła Michała w spektaklu hicie – amerykańskich scen „An act of God”, David Javerbaum”. Premiera 30 grudnia tego roku w Teatrze Druga Strefa. Jaki będzie ten anioł?

Jeszcze nie wiem rozważam, szukam, czy ja wiem… Mam w sobie tyle emocji, że szkoda będzie go nimi nie obdzielić. Zawsze wyobrażałam sobie anioła, że jest pełen ciepła, którym otula ludzi. Nie musi za dużo mówić, bo wystarczy, że coś człowiekowi dmuchnie w ucho i wszystko stanie się jasne.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: