Paweł Beręsewicz: w PRL -u podwórko było instytucją, która obecnie nie istnieje

Pisarz uwielbiany za dowcip i intelektualną rozrywkę, jaką funduje swoim młodszym i starszym czytelnikom w każdej nowej książce. Obsypany wyróżnieniami i nagrodami, m.in. im. Kornela Makuszyńskiego i Astrid Lindgren. Opowiada dlaczego pisarza bolą nogi, za co lubił dzieciństwo w PRL-u i przed czym przestrzega nastoletnich czytelników . Jest autorem ponad 25 książek. Tytuł jednej z nich: „Poczet psujów polskich”. To opowieść o dzieciakach, które od wieków coś psocą…

Był pan psujem?

PAWEŁ BERĘSEWICZ: Przekułem szpilką wymarzoną piłkę nożną, którą dostałem w prezencie. Nie pamiętam czy to był impuls do psucia czy eksperymentowania, ale pamiętam, że syczało i nie dało się już więcej napompować. Z perspektywy czasu oceniam, że nie było warto.

Niezła pamięć…, pisząc często pana wraca do magicznej krainy -dzieciństwa.

Owszem, dość często. Coraz częściej zresztą jest to magiczna kraina dzieciństwa moich dzieci. Tak było na przykład w przypadku książki „Czemu tata siedzi w garnku”. Zainspirował mnie nasz rodzinny album. Przypomniał mi parę dawnych historii, które opowiedziałem, dość zresztą swobodnie obchodząc się z faktami. 

Zapamiętane lektury z młodości?

Poważne, historyczne książki czytała nam mama. Samodzielnie przez pewien  zaczytywałem się „Panem Samochodzikiem” Zbigniewa Nienackiego. Szczególnie fascynował mnie jego wehikuł. Miałem też fazę na historyczno-archeologiczne  książki, autorstwa Bolesława Mrówczyńskiego. Ten ostatni, to dziś zupełnie zapomniany autor, którego tytułów, nie mam nawet na półce, ale pamiętam, że w czasach młodości, czyli PRL-u chodziłem do biblioteki pytając o nowego Mrówczyńskiego.

Dzieciństwo to pewnie podwórko?

Z rozrzewnieniem wspominam tę instytucję, która obecnie prawie nie istnieje. Było miejscem przygód, bezpieczną przestrzenią, gdzie uczyły się zasad współżycia społecznego dzieciaki w różnym wieku. Zmuszało to, by się w tym mikrospołeczeństwie odnaleźć. Były maluchy, starsi i tacy, którzy nam się wydawali strasznie dorośli, a mieli rok czy dwa więcej od nas. Dużo graliśmy w piłkę nożną na betonowym podwórku. Zamiast bramek mieliśmy ławki. Do dziś pamiętam słowa pochwały starszego kolegi, kiedy udało mi się strzelić gola! Teraz infrastruktura sportowa dla dzieci jest doskonała, ale kiedy mijam te piękne boiska, często są puste… nie to co za moich czasów.

Sporo jeździ pan po kraju na spotkania z czytelnikami, co widać skrolując fanpage na Facebooku.

To część mojej pracy. Lubię rozmawiać z dzieciakami. To się jednak wiąże z koniecznością częstych podrózy. Spory kawał życia spędzam za kierownicą. Przychodzi mi wtedy do głowy wiele ciekawych pomysłów. Niestety większość potem zapominam. Obiecuję sobie, że następny na pewno już zapiszę albo nagram na dyktafon, ale jakoś nigdy nie mogę się zmobilizować. Na spotkania zawsze natomiast zabieram ze sobą rower. Ileż ja już dzięki temu zwiedziłem ciekawych miejsc!

O co pytają dzieciaki?

Którą książkę lubię najbardziej i ile zarabiam. Na pierwsze mam gotową odpowiedz: książki są jak moje dzieci i kocham je wszystkie. Drugą traktuję jako okazję do opowiedzenia o biznesowej stronie bycia pisarzem, choć dzieciaki zwykle są rozczarowane, bo nie padają kwoty.  Pytają też, czy trudno jest być pisarzem. Czytam wtedy swój wiersz „Czy trudno być pisarzem?” z tomiku „Czy pisarzom burczy w brzuchu?” (zawarte w nim wiersze są odpowiedziami na pytania ze  spotkań autorskich). Piszę w nim, że jak brakuje mi pomysłów, to wkładam krótkie spodenki i idę biegać po lesie. Nie przestaję, dopóki czegoś nie wymyślę – czasem po kilkunastu kilometrach. Wniosek jest taki, że pisanie jest bardzo męczące i bardzo od tego bolą nogi.

Dla nastolatków też pan pisze. Czytają?

Mam swoją wizję świata, którą chcę im przekazać i nie zastanawiam się nad tym, czy sięgną po książkę. Bardzo lubię spotkania z nimi. Ulubionym tematem do rozmowy jest  książka „Szeptane”. Napisałem ją w porywie złości na „biznesową” ofertę, którą kiedyś dostałem. Napisał do mnie nieznany człowiek, który zaproponował mi usługi swojej firmy. Zajmował się „marketingiem szeptanym”. Miał 200 różnych kont w internecie. Zaproponował, że z tych licznych kont będzie wchodził na fora i udawał moich czytelników, pisząc pozytywne komentarze na temat moich książek. Byłem w szoku, że to jest legalne i można komuś to zaproponować. Dlatego z nastolatkami staram się rozmawiać o prawdzie i odpowiedzialności za słowo.

Ich chyba nie oburza metoda szeptana…

Często nie. Pewnie czasem w ogóle nie przychodzi im do głowy, że sami nierzadko korzystają z tych wymyślonych, opłaconych komentarzy. Pytam ich z ciekawości, czy sami byliby skłonni za pieniądze udawać w internecie kogoś, kim nie są.  Potencjalnych chętnych bywa niepokojąco dużo. Nie chcę ich pouczać, mówić co jest dobre, co złe. Liczę, że może rozmowa na ten temat zasieje w nich odrobinkę niepokoju i zmusi do spojrzenia na sprawę z różnych stron.

Dzieci ma pan dorosłe, na kim teraz testuje się nowe książki?

Moja córka, która teraz ma już swoje dorosłe życie, przez wiele lat była moim królikiem doświadczalnym. Obserwowałem, jak czyta i czy reaguje tak, jak się spodziewałem. Jeżeli było inaczej, wiedziałem, że muszę coś poprawić. Teraz radzę sobie sam. (śmiech). Wiem z doświadczenia, że młodzi czytelnicy lubią być traktowani poważnie. Dlatego staram się wysoko stawiać im poprzeczkę. Podrzucam odpowiednie dane do rozmyślań, wierząc w ich inteligencję.

Kochają pana za dowcip, humor i dystans… Taki dialog dla przykładu:

— Dziadek, a czemu tata trzyma palec w buzi?

— Wysysa mądrość.

— Z palca?

— Jak widzisz.

— To tata ma mądrość w palcu?

— Teraz już nie ma.

— Wszystko wyssał?

— Wszyściuteńko.

— To dlatego jest taki mądry?

— No właśnie, to ciekawa historia…

Pisanie jest dla mnie dobrą zabawą, inaczej sobie tego nie wyobrażam. Chciałbym też, żeby moje książki sprawiały radość czytelnikom i to zarówno dzieciakom, jak i ich rodzicom. Żeby się sprawdziły przy „wspólnym rodzinnym czytaniu”. Wieczorny rytuał, czyli rodzina wieczorem siedzi i czyta, mając przy tym dobrą zabawę. To oczywiście moje marzenie… Fajnie, żeby rzucali przy okazji cytatami z Beręsewicza.

Jest pan dwukrotnym laureat Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren. Czytał pan w dzieciństwie, to idolka, inspiracja do pracy? Co pan lubi w jej książkach, stylu?

Najlepiej pamiętam „Dzieci z Bullerbyn”. Sposób, w jaki autorka traktuje swoich dziecięcych bohaterów i czytelników, bardzo mi odpowiada. Jest tam szacunek, zrozumienie, ciepło, ale też stawianie wymagań, pozostawianie swobody i wiara w inteligencję dzieciaków.

Dla tych, co jeszcze nie znają pana twórczości. Jakie wartości dominują w większości książek? Co chce pan przekazać czytelnikom?

Moim zdaniem rolą książki nie jest przekazywanie wartości. Książka jest od tego, żeby czytelnika zaintrygować, zdziwić i postawić mu pytania, na które ma ochotę sobie odpowiedzieć. Staram się pisać o najróżniejszych rzeczach, które interesują młodych czytelników. Na spotkania autorskie wożę ciężką torbę pełną książek i pytam, o której chcą rozmawiać. Mam do zaproponowania kryminalne, miłosne, podróżnicze, wojenne, śmieszne, o modzie, pieniądzach, piłce nożnej, kosmicznej katastrofie, szemranych interesach, prawdzie i nieprawdzie. Jest w czym wybierać.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: