Jak „robią swoje” w Chinach

Szaleństwo i chęć przeżycia przygody życia zdecydowały, że Basia spakowała walizki i poleciała do chińskiej prowincji Sinciang znajdującej się przy granicy z Kazachstanem – uczyć dzieci języka angielskiego.

Popyt na zagranicznych nauczycieli angielskiego jest w Chinach naprawdę ogromny. Głównie pożądani są native speakerzy z 6 państw: USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Irlandii. Często wymagane jest też doświadczenie i certyfikat językowy. Niepisaną (a czasami pisaną!) preferencją jest rasa kaukaska. Choć w praktyce…

– Z powodu dużego zapotrzebowania część szkół i przedszkoli zadowala się po prostu „białą twarzą” mówiąca po angielsku „jako tako” – opowiada Basia.

Tak było w jej przypadku. Przeglądała oferty pracy w biurze karier na uniwersytecie, gdy wpadała jej w oko propozycja pracy – nauczycielki angielskiego w chińskim przedszkolu.

– Zgłosiłam się, ale nie przypuszczałam, że mam szanse. Nie posiadam żadnych kwalifikacji w tym zakresie. Nawet po angielsku nie mówię płynnie.

Przedstawiciele oferty z Chińskiej Republiki Ludowej dość szybko odezwali się do niej, a po rozmowie przez Skype zaproponowali pracę.

– Już wtedy powinna zapalić mi się lampka ostrzegawcza, że jak ktoś zatrudnia osobę bez kompetencji, to nie ma co się spodziewać uczciwych warunków. Na wszystko się zgodzili, więc powinno to być podejrzane, ale wtedy nie zwracałam na to uwagi.

Zapewnili jej dobrą pensję (około trzy tysiące zł w przeliczeniu na polskie stawki), nocleg i wyżywienie od poniedziałku do piątku. I… małe oszustwa, które zdaniem Basi, są tam znacznie częstsze niż u nas.

– Kiedy pojawiłam się w mieszkaniu wynajętym dla mnie, zaszokowało mnie, że panował w nim totalny bałagan. Jakby ktoś wyszedł z niego w pośpiechu. Poszłam do mojej opiekunki, by zrobić z tym porządek. Była bardzo zdziwiona moim zaskoczeniem tą sytuacją, ale poszła ze mną, by pomóc doprowadzić lokal do stanu używalności. Teraz już wiem, dlaczego ktoś zostawił taki bałagan… Po prostu poprzedni nauczyciel spakował się i szybko uciekł.

Duża część osób, które spotkała, miała nieco inny stosunek do konieczności mówienia prawdy. Nawet bliski chiński kolega Basi, kilka razy wykorzystał fakt, że nie mówi ona po chińsku i tak aranżował sytuację, żeby wyszło na jego korzyść. Często trudno było jej się połapać, komu może zaufać, a kiedy jest manipulowana, zwłaszcza w pracy.

– Miałam europejskie wyobrażenie nauczyciela, a chiński nauczyciel ma niższą pozycję społeczną.

Dało się to odczuć w czasie Święta Dziękczynienia…

Chińczykom bardzo zależało, by została w szkole na to święto, które miało odbyć się w przedszkolu, gdzie uczyła. W końcu nadszedł TEN dzień.

– Dorośli gromadnie przytoczyli mikrofalówki na swych zakupowych wózkach, nadszedł ten dzień, kiedy dzieci w końcu wystrzeliły z siebie niczym z karabinu maszynowego wszystkie wierszyki oraz piosenki, jakich nauczyły się od początku roku, nadszedł ten dzień, kiedy nauczycielki z nadzieją na uznanie dla swojej pracy wpatrywały się w twarze rodziców – tak wyliczać można długo – dodaje ze śmiechem Basia.

Na stołach pojawiły się stosy chińskich potraw plus jedna pizza z Pizzy Hut i czekoladki Dove. Ludzie Azji zgodnie usiedli do stołu, aby świętować to, że czterysta lat temu ludzie Ameryki pomogli w niedoli ludziom Europy, zagubionym przybyszom z innego kontynentu.

– Byłam nikim innym, jak właśnie takim przybyszem. I moje nadzieje o skorzystaniu z uczty legły w gruzach. Nie pytaj się czemu, ale nauczycielki nie jadły nic podczas tej biesiady, tylko się patrzyły i pomagały nakładać. A więc mimo że oczy wychodziły mi na wierzch, żołądek się skręcał, a ciekawość nowych potraw nie dawała spokoju, nie odważyłam się niczego tknąć. Nikt nie zaproponował mi też niczego.

I w ten właśnie sposób zagubiony przybysz z Europy spędził święto – głodny i z cieknącą ślinką.

– Przyznam się, żeby tu nie zwariować, ułożyłam sobie mantrę na takie okazje: to różnice kulturowe, nie brak wychowania i nie trzeba rozumieć, wystarczy akceptować.

Co innego na umowie, co innego w rzeczywistości

W Chinach, gdzie była – nie ma pracowników sprzątających. Zaskoczeniem dla Basi było, że sklepy, urzędy, szkoły, galerie handlowe nie mają też służb porządkowych do ośnieżania miasta.

– Robią to po prostu wszyscy pracownicy danej instytucji. W ten sposób po świeżym opadzie śniegu można zobaczyć uczniów wędrujących do szkoły z łopatami.

Podobnie było u niej w przedszkolu, ale o tym, nikt jej wcześniej nie wspomniał. Tak samo, jak o tym, że nie będzie prowadzić zgodnie z umową kilku godzin lekcji angielskiego dziennie, ale musi przez cały dzień zajmować się dziećmi – będąc jednocześnie przedszkolanką i sprzątaczką.

– Codziennie rano i wieczorem musiałam też przez półgodziny mówić wchodzącym i wychodzącym do przedszkola dzieciom „good morning” i „goodbye”. Był to PR-owy zabieg informujący, że w szkole jest zagraniczny nauczyciel.

Na porządku dziennym były drobne oszustwa. Na przykład oznajmiono jej, że syn nauczycielki zachorował i od teraz zamiast uczyć angielskiego w różnych klasach – ma ją zastępować i opiekować się jedną klasą przez cały dzień.

– Była to nieprawda, bo w rzeczywistości nauczycielka została zwolniona, aby zaoszczędzić na jednym etacie.

Egzekwowanie swoich praw nic nie dawało, udawali, że nic nie rozumieją albo już tak po prostu u nich jest.

Basia cieszyła się też na planowane odwiedziny w domach swoich uczniów.

– Mimo że obu stronom zostało obiecane i obie strony byłyby chętne, to po prostu nie podjęto takiego wysiłku, aby umówić poszczególne rodziny ze mną. Efekt marketingowy został spełniony, dzieci przyszły na kursy. Efekt pozornej uprzejmości dla nauczyciela z zagranicy też. Przecież w pierwszej chwili, gdy usłyszałam o tych wizytach, ucieszyłam się i pomyślałam sobie, że to miło z ich strony. Ciągle nie mogłam zapamiętać, że to przecież kraj uważany za królestwo podróbek.

Mimo wszystko pobyt tam to była duża przygoda. Nawet kulinarna. Chleb, nabiał, jogurty – tych produktów można było szukać ze świecą. Miała jednak szczęście, że oprócz zwykłych supermarketów były też targi, gdzie swoje produkty sprzedawały różne mniejszości. W ten sposób chleb kupowała w tatarskiej piekarni, a masło na straganie u Kazachów.

– Przez cały dzień je się tu przede wszystkim potrawy na ciepło: warzywa, mięso, ryż, grzyby, algi. Miałam zapewnione wyżywienie w przedszkolu. Jadłam razem z dziećmi – śniadania i obiad, a kolację nauczyciele dostawali osobną. Okazała się jednak tak ostra (przykładowo: imbir, czosnek był podawany w kostkach posypany duża ilością papryczki chili), że nie dałam rady, więc poprosiłam o to samo, co serwowali uczniom.

W prowincji Sinciang, gdzie była Basia, żyje prześladowana mniejszość muzułmańska – Ujgurzy.

– Muszę przyznać, że będąc w chińskim mieście początkowo zaskakujące było dla mnie nawoływanie dochodzące z meczetu czy widok pisma arabskiego pod każdą nazwą ulicy napisaną znakami chińskimi. Skończyłam socjologię i bardzo ciekawiło mnie takie zderzenie kultur.

Jednak częste oszustwa i różnice kulturowe po pewnym czasie okazały się przesłanką, aby skrócić zaplanowany półroczny pobyt Basi. Mieszkańcy Chin mają odmienne pojęcie o tym, jakie zachowania są dopuszczalne.

– Nie powstrzymują się przed publicznym charkaniem, puszczaniem bąków, bekaniem i pluciem tam, gdzie akurat są. Zaplute są ulice, a w autobusach podłogi. Teoretycznie można się do tego przyzwyczaić, ale to zależy od indywidualnej wrażliwości.

Wytrwała w Chinach cztery miesiące i uciekła…

– Za każdym razem przycinali mi o 30 proc. wypłatę oraz wymagali ode mnie rzeczy, na które nie umawialiśmy się wcześniej i miałam dość!

Spakowała się, klucze do mieszkania oddała przez znajomą i postanowiła wracać. Był to akurat czas ferii, więc pociągi były maksymalnie przepełnione.

– Przedziały drugiej klasy są zazwyczaj bardzo zatłoczone i gwarne. Pasażerowie z biletami na miejsca stojące znajdują się we wszystkich korytarzach i przejściach, a ich bagaże nawet w toaletach i pomieszczeniach z umywalką. Przejście korytarzem do toalety staje się prawie niemożliwe.

Długa podróż w przedziale drugiej klasy z miejscami siedzącymi jest zdecydowanie niekomfortowa, a nawet nie do zniesienia i raczej odradzana odwiedzającym z zagranicy, chyba że bardzo chcą doświadczyć prawdziwego trudu podróży przez Chiny. Jak głosi stare porzekadło „Ten, kto nigdy nie wspiął się na Wielki Mur, nie jest prawdziwym człowiekiem”.

– Nowym powiedzeniem wśród odwiedzających z zagranicy stało się „Ten, kto nigdy nie jechał w przedziale drugiej klasy z miejscami siedzącymi podczas szczytu, nie jest prawdziwym człowiekiem”. Dla śmiałków lub w przypadku krótkiej podróży w ciągu dnia taka podróż jest do zaakceptowania i będzie świetnym sposobem na poznanie bezkresu prawdziwych Chin i ich ludności – podsumowuje.

Imię bohaterki artykułu zostało na jej prośbę zmienione.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s